Wszyscy siedzieli w salonie, w kuchni gotowała się kolacja szykowana przez matkę Nory. Jack nie spuszczał wzroku z Eve która rozmawiała z Norą.
- Więc byłaś z chłopakiem w górach? - rzucił Mark zainteresowany całą sytuacją - A co się z nim stało?
- Nie mam pojęcia... Jutro z samego rana chciałabym go poszukać. - Eve spojrzała smutna na ziemię - Nocą w górach jest niebezpiecznie.
- A opowiedz nam coś o sobie, albo o twoim chłopaku. - Lilly usiadła się wygodniej opierając o Matt'a - Jak się poznaliście?
- Poznaliśmy się w szkole, nie zwracaliśmy na siebie uwagi do momentu projektu z biologii. - uśmiechnęła się na te wspomnienia - Jest strasznie zazdrosny ale to jest w nim bardzo słodkie, chodził do klubu pływackiego. Strasznie kochał wodę, lecz wybrał mnie.
- Urocze. - stwierdził James bez żadnego przekonania - Jakoś historia znajoma.
- A opowiedz coś o sobie. - zaproponowała Lucy
- Ale... Ja nie wiem co... - Eve zaczerwieniła się ale pod pogardliwym spojrzeniem Lucy coś wymyśliła - Nie jestem zbyt otwartą osobą, wszystkich traktowałam kiedyś chłodno. Ale jak poznałam Ethan'a... Wszystko się zmieniło. - jej wzrok stał się nieobecny - Potrafił ze mnie wyciągnąć to czego nie potrafił nikt.
- Póki co ktoś musi iść do sklepu! - ogłosił ojciec Nory - Jestem pewien, że duchy gór zaopiekowały się Ethan'em. Nie musisz się martwić.
- W takim razie mogę iść do sklepu, wczoraj zwiedziłam całą wioskę więc pamiętam gdzie jest. - zasugerowała uspokojona Eve
- Pójdę z nią, dla bezpieczeństwa. - Jack również zgłosił się na ochotnika - Coś by mogło ją po drodze napaść...
- Skoro chcecie... Nora pójdzie z wami, będę miał pewność że wrócicie. - Nora westchnęła i poszła założyć kurtkę - Ale jeszcze zaniesiecie coś w góry, powiedziałem jej że ktoś przyjdzie.
- Nie ma sprawy. - Jack i Eve również ubrali kurtki i całą czwórką wyszli na dwór. Nora dostała coś od swojego ojca i ruszyli w stronę gór.
Do pewnego momentu wszystkim było ciepło, aż weszli na pierwsze pagórki. Eve zaczęła się trząść z zimna i nie mogła dalej iść. Jack postanowił ponieść ją na rękach, wydawała mu się okropnie zimna, jakby była martwa. Wreszcie doszli do małej groty, fala ciepła jaka biła ze środka uderzyła w nich tak mocno, że musieli się cofnąć. Im głębiej szli tym było cieplej aż w końcu zaczęli słyszeć głosy
- Spokojnie, on ci nic nie zrobi. - ten głos był doskonale wryty w pamięć Jack'a, należał tylko do jedynej dziewczyny którą kochał, Alice. - Myślałam że one wyginęły, a tu proszę.
- One nie powinny istnieć. - odezwał się inny głos, męski - Gdyby był większy i nas stąd wyciągnął...
- Nie twoja wina, złamałeś nogę i nie możesz się nigdzie ruszyć. - Nora ruszyła przodem - Kto tam jest?!
- Alice! To ja! - Jack postawił Eve na nogi i ruszył do przodu - Możemy porozmawiać? - pojawiłam się tuż przed nim, wyglądał jakby nie wiedział co powiedzieć - Przepraszam.
- To wy się znacie? - rzuciła dziewczyna za mną
- Tak, to dziewczyna którą kocham. - przytulił mnie mocno, na policzkach poczułam że płacze. - Pytanie czy ona nadal kocha mnie?
- To wy pogadajcie a ja zobaczę co z tym drugim. - obydwie dziewczyny pobiegły do Ethan'a, jedna dziewczyna która przyszła razem z Jack'iem wyglądała znajomo
- Rozumiem twoją złość, ucieczkę i milczenie w tym momencie ale proszę, powiedz że nadal mnie kochasz. - jego głos zaczął się łamać a policzki miałam całe mokre, grzywkę też - Proszę, powiedz mi.
- Tęskniłam. - przytuliłam go, z moich oczu też poleciały łzy - Starałam się ciebie znienawidzić, nie potrafię. Zbyt dużo pięknych dni by to się udało.
- Ethan! - z głębi jaskini dobiegł krzyk - Stój!
- Zostaw ją! - Jack szybko stanął przede mną - Zostaw Alice!
- Chłopie uspokój się, pogorszysz stan swojej nogi jak będziesz chodził! - wrzasnął Jack po czym usłyszałam świst - Co ty robi...!
- Jack! - Jack opadł przede mną na kolana, cały się trząsł jak porażony piorunem aż opadł na ziemię - Co mu zrobiłeś?!
- Ja nie wiem... Nie panuje nad tym... - Ethan potknął się i upadł na plecy
- Mamy już dwa trupy... - stwierdziła jedna z dziewczyn - Pójdę po pomoc.
- Świetna gwiazdka, nie ma co. - mruknęłam zdołowana
Alice poznała prawdę o swoim darze, lecz nie wszystko poszło po jej myśli. W tym momencie, razem z Jackiem musi nauczyć nowych przyjaciół opanowania. Czy Alice i Jack przetrwają wszelkie próby, które napotkają? Dowiesz się tylko czytając następne rozdziały.
sobota, 15 listopada 2014
piątek, 31 października 2014
Halloween się zbliża!! + konkurs
Witajcie! Dawno się nie odzywałam TuT Więc tak, skoro już jutro moje ukochane święto "Halloween" postanowiłam zrobić pierwszy oneshot! Nie będzie to związane z fabułą :3 Po prostu pokażę wam jak ten dzień spędzą wszystkie postacie z historii! Od początku do teraz... (tak Jack w dalszym ciągu będzie się gapił na tą biedną dziewczynę) Nikomu o tym oneshocie nie mówiłam >:D Więc każdy będzie mieć takie zaskoczenie, lubię zaskakiwać xD Na końcu powiem wam moją ocenę bohaterów ogólnie... Dowiecie się jakimi uczuciami ich darzę <3 Wybaczcie mi xD Dobrz... To teraz nocia ^^
Zamek Draculi.
- Jack! Jesteś tu? - weszłam do sali balowej, była specjalnie przygotowana na bal. - Jedziemy do miasta, jedziesz?
- Mam wybór? - Jack zeskoczył z drabiny - Jakbym został to bym musiał piec, a ja tego nienawidzę! A tak w ogóle... Po co jedziesz?
- Niespodzianka, a ty? - uśmiechnęłam się unikając odpowiedzi
- Też niespodzianka. - zaśmiał się, chwycił mnie za rękę i wyciągnął na zewnątrz - Robi się coraz zimniej.
- Serio? Nie zauważyłam. - pełna powagi spojrzałam na niego po czym wybuchliśmy śmiechem, przytulił mnie mocno - Musimy się pośpieszyć, czekają już tylko na nas.
- Mi to nie przeszkadza. - pocałował mnie w czoło - Nawet mam ochotę tam nie przychodzić.
- Musimy jechać, ponoć nie chcesz gotować. - odetchnął głęboko - Chodźmy już.
Warszawa.
- Tatooooooo! Ja chcę do Rumunii! - Trish chodziła za Ivan'em - Dlaczego nie pozwalasz mi tam jechać?!
- Bo tam są oni. - ściskał zdenerwowany zęby - Jeśli puszczę cię tam samą, domyślą się, że się z nimi przyjaźnisz i kto wypuścił te dwie!
- Powiedz, że jedziemy na wakacje! Proszę! Oni mają dzisiaj bal! Muszę tam być! Mam nawet strój! - stanęła tuż przed nim - Proszę.
- Dobra, ale jadę z tobą. - Ivan dał za wygraną - Ale nie będę musiał się przebierać?
- Już mam pomysł za co. - uściskała go mocno i pobiegła do swojego pokoju
- Czego ja dla niej nie zrobię? - mruknął do siebie i zadzwonił gdzieś - Szykuj trzy bilety do Rumunii...
Norwegia.
- Nora, skarbie! Dostałaś zaproszenie od Matt'a na bal! - zaśmiał się ojciec Nory - Masz jakiś kostium prawda?
- Serio? - podbiegła do niego Nora - Żadnego nie mam, miałam zamiar siedzieć dzisiaj w domu... Cassisy! Masz coś?
- Chodź! - siostra Nory zawołała ją ze swojego pokoju - Tylko nie wybrzydzaj!
- Kocham cię! A jak mam do nich przylecieć? - spojrzała na zaproszenie
- Na lotnisku jest specjalny odrzutowiec dla ciebie. - wskazał jej palcem na zaproszeniu - Biegnij, mama ci normalne ciuchy spakuje.
- Dzięki! - pobiegła do pokoju siostry - Nie masz nic innego?!
- Miałaś nie wybrzydzać!
Zamek Draculi.
Wszyscy byli już na sali, a ja wciąż szukałam butów. Wrednie kozaki, zawsze któryś znajdzie się zupełnie gdzie indziej od drugiego. Znalazłam go pod łóżkiem, leżał tuż obok mojego starego albumu. Cały był zakurzony, kiedy już chciałam go otworzyć do drzwi ktoś zapukał
- Alice, jesteś gotowa? - Spytała Mary - Pomóc ci w czymś?
- Zaraz przyjdę! Tylko... Muszę coś odłożyć! - wsunęłam album pod łóżko, wybiegłam na korytarz i założyłam ostatni kozak - Duch?
- Pasuje? - miała na sobie białą sukienkę, legginsy, buty oraz czapkę z twarzą ducha - A ty, wiedźma?
- Włosy akurat pasują. - spojrzałam na brązowe kozaki, byłam jeszcze ubrana w krótkie czarne spodenki, czerwono-brązowy gorset, czarne rękawiczki oraz mały kapelusz wiedźmy - Widziałaś innych?
- Iris jest za królową śniegu. - zaśmiała się i ruszyła do sali - Reszty nie zdążyłam.
- To biegiem. - ruszyłam za nią i spróbowałam ją wyprzedzić - Kto ostatni ten zgniłe jajo!
- To tekst jakiegoś dzieciaka?! - zaczęłyśmy się ścigać
Do sali dobiegłyśmy dość szybko i w równym czasie. Zaczęłyśmy się śmiać i łapać oddech.
- Widzę że dobrze się bawicie. - przed nami stanął strach na wróble oraz Dorotka z "Czarnoksiężnika z krainy Oz" - Dopiero tutaj przyszłyście a już zmęczone?
- Matt, weź z nich przykład. - zaśmiała się Lilly jako Dorotka - Twój feniks Alice idealnie pasuje do wiedźmy.
- Dzięki, a wy pasujecie do siebie. - uśmiechnęłam się i zaczęłam się rozglądać
- Gada z James'em i Trish, szybko ich znajdziesz. - Matt szybko zrozumiał kogo szukam - Biegnij bo ucieknie.
Pobiegłam szukać Jack'a, niestety zdążył odejść od James'a i Trish.
- Witamy maleńka. - James idealnie wyglądał w roli wampira, długie blond włosy dodawały mu niebezpiecznego uroku. - Szukasz naszego zajączka Alice?
- Zajączka? Szukam Jack'a, a wątpię by przebrał się za jakieś zwierze, zwłaszcza! Zająca... - spojrzałam na Trish, typowy ninja - Postarałaś się z kostiumem.
- Wiem, mój tata ma lepszy strój. - zachichotała i wskazała palcem na mumie - Jak zobaczył kostium to widziałam jak się powstrzymuje od jakiejś uwagi.
- A kim jest ten zombie obok niego? - zaciekawiłam się niebiesko skórnym kolegą
- To Joe... - przeszły mnie od razu dreszcze - Idź już lepiej szukać bo ci znowu ucieknie, mówił że chce się pośmiać z Ben'a.
- Ta... To całkiem w jego stylu... - odeszłam od nich i skierowałam się z dala od Joe. W szybkim czasie znalazłam Ben'a, rozmawiał z Lucy. Ona była przebrana za diablice, nie powiem ona i James świetnie wybrali kostiumy... Ben za to przebrał się za wilkołaka... - Serio?
- O Alice! - uśmiechnął się na mój widok - Pięknie wyglądasz.
- A ty... śmiesznie... - powstrzymywałam się od napadu śmiechu - Ekhem... Widzieliście Jack'a?
- Szedł na balkon, powiedział że jak będziesz go szukać to masz tam iść. - Lucy wskazała na drzwi - Ostrzegam, on może zwiać tak szybko jak królik Alice.
- Skończcie z tymi królikami! - wrzasnęłam zirytowana i ruszyłam na balkon. Zamurowało mnie gdy w jedynym tłumie zobaczyłam królicze uszy... Podeszłam do nich - Jack?
- Alice? - spytał chłopak obok mnie, Mark przebrał się za kota z Chershire - Pasuje ci ten strój.
- Dziękuję, tobie kot nie za bardzo. - poklepałam go po głowie i spojrzałam na królika, okazała się nim Nora - Ładnie wyglądasz...
- Dziękuję, mam dla ciebie wiadomość. - pokazała dwój wielki zegar na łańcuszku - Jesteś spóźniona na Jack'a.
- Znowu?! - westchnęłam - Najwyżej, niech sam mnie znajdzie. Co ja jestem, jego piesek?
- O ile mnie pamięć nie zawodzi, raz byłaś służącą. - Jack przytulił mnie do tyłu - Znaleźliśmy Alicje przyjaciele.
- Hura! - Nora podskoczyła a Mark powstrzymywał się od śmiechu - Kapelusznik to wymyślił, na mnie nie patrz. Z własnej woli za kota bym się nie przebrał...
- Ja was kiedyś zatłukę.... - warknęłam zirytowana
Po krótkiej rozmowie zabawa halloweenowa się skończyła. Tak jak ten Oneshot :D
Więc... Teraz pora na moje uczucia co do postaci...
Alice - To jest taka moja własna OC... Ma cechy charakteru które ja bym chciała mieć, chociaż wkurza mnie ta jej ostatnia ucieczka >,< (Chociaż sama ją wymyśliłam) Myślę, że to normalne. Dopiero co poznała prawdę o swoich rodzicach i o tym że jej przyjaciele ją okłamywali, w sumie... Też bym uciekła wszystko przemyśleć. Osobiście jestem na etapie Alice z pierwszego rozdziału xD Nie lubię z nikim za bardzo gadać i nie pokazuję emocji póki naprawdę mocno kogoś nie polubię <3 Kanae-chan ty dobrze wiesz jak mi może odbić xD
Jack - On mnie wkurza! XD Seryjnie... To taka dziewczyna z ciągłym okresem XD Ale w sumie... takich chłopaków lubię ^^ Na początku on miał być wredny a później tak jakoś... zmizerniał... Ostatnio stwierdziłam że skoro Alice ma Bena to on też musi mieć swoją fanke XD Stąd pomysł na Nore B| <- w tej czcionce śmiesznie ta mina wygląda xD Uwielbiam go męczyć, ogólnie lubię męczyć i jego i Alice razem (dwie sceny z przebieralniami) Ale... Brałabym *_*
Ben - Wiecie jak mi go szkoda?! Został biedak przebity lodem Q_Q (wcale nie przez moją sadystyczną naturę) Było mi go tak szkoda że dałam Alice moc uzdrawiania XD Mam dla niego ogólnie parę w całym opowiadaniu, na początku to była Trish... Ale od niedawna mam kogoś innego na oku +w+ Lubię jego dziecięce kłótnie z Jack'iem! Na przykład o miejsce przy oknie w samolocie xD Albo... To jak się kłócili gdy nagle Alice zniknęła a tak naprawdę James wziął ją dla siebie XD Planuję jeszcze sporo takich kłótni między nimi xd
James - Kiedy pisałam pierwsze rozdziały to miałam do niego uczucie "Ty durniu, kiedyś cię zabiję! Zobaczysz!" A w końcu i tak zrobiłam z niego dobrego kumpla... Brawo ja! OD początku miał ociekać BISHOWATOŚCIĄ! Oczywiście Lucy też ale to za chwilę xD Teraz zdałam sobie sprawę że moje opisy mogą się okazać dłuższe od oneshota... MASAKRA~
Lucy - Ona powinna napisać książkę "Jak z wrednego babsztyla być miłą przyjaciółką" <3 Nie miałam w planach zrobienia jej takiej... W sumie, Lucy stała się taka gdy się dowiedziała, że Alice była wściekła w sprawie jej rodziców. Wiecie, twój wróg jest bardziej zły o twoją krzywdę niż ty... To zmienia nastawienie człowieka.
Matt - WUJCIO DOBRA RADA! On potrafi załatwić wszystko! Każdy go lubi bo jak inaczej? Też go uwielbiam :> Stwierdzam że on najlepiej ze wszystkich nadaje się na ojca xD
Lilly - Przyznam szczerze... Na początku myliłam imiona Lilly i Lucy xD Ona by też była najlepszą mamuśką... ONI ZA DOBRZE SIĘ DOBRALI!
Mary - W planach miałam zamiar ją dać później do opowiadania... Ale w pewnym momencie stwierdziłam... Niech ma! Będzie dłużej od Mark'a i Iris XD W sumie naprawdę miałam w planach zostawić tą amnezję... Ale taki piękny plan oni wymyślili, że musiałam to zmienić T^T
Mark - Człowiek według mnie zagadka... Iris tak samo! Kurde... Trenował na innym żywiole niż swój... Taki gnojek.... Ale lubię gnoja XD Nie mogę się zdecydować z kim on ma być ;-; planuję Mary ale Iris tak mnie szczuje.....
Iris - Czego kobieta nie potrafi? Ta wredna małpa żywioły nawet zmieniać potrafi XD Lubię ją ale tylko dlatego, że jest inna od Mick'a i nie ukrywa aż tyle jak on.
Mick - NIENAWIDZĘ! Tak jak na początku miałam aure spokoju jak pisałam z nim sceny tak teraz mam ochotę na morderstwo +.+
Trish - Na początku planowałam zrobić z niej plastika... W sumie udało się XD Ona była moim pierwszym parowaniem Matt'a... Cóż nie wyszło... Później Ben... Też zmieniłam zdanie... Ona chyba będzie starą panną z kotami TuT Lubię ją, ma takie pozytywna nastawienie.
Minnie - KOCHAM MAŁE DZIECI! To wszystko mówi...
Nora - ... Mam zamiar uprzykrzyć jej życie >:3
No to chyba wszyscy.... Wgl chciałam zauważyć, że niedługo minie rok tego opowiadania! I myślę nad jakimś konkursem TuT Chyba rysunkowy będzie xD O wiem! Do końca grudnia macie czas na zrobienie swojego zakończenia całego opowiadania! XD Może to być ich śmierć ślub któryś bohaterów... Cokolwiek! Aiko.... dopiero rok minął... Nie myśl o zakończeniu >,< No ale cóż... Technika dowolna: rysunek, opowiadanie itp... Więc życzę wam wesołego.... SORRY! Strosznego Halloween <3 Do następnego! (Jack! Przestań się patrzyć na tą dziewczynę!)
Zamek Draculi.
- Jack! Jesteś tu? - weszłam do sali balowej, była specjalnie przygotowana na bal. - Jedziemy do miasta, jedziesz?
- Mam wybór? - Jack zeskoczył z drabiny - Jakbym został to bym musiał piec, a ja tego nienawidzę! A tak w ogóle... Po co jedziesz?
- Niespodzianka, a ty? - uśmiechnęłam się unikając odpowiedzi
- Też niespodzianka. - zaśmiał się, chwycił mnie za rękę i wyciągnął na zewnątrz - Robi się coraz zimniej.
- Serio? Nie zauważyłam. - pełna powagi spojrzałam na niego po czym wybuchliśmy śmiechem, przytulił mnie mocno - Musimy się pośpieszyć, czekają już tylko na nas.
- Mi to nie przeszkadza. - pocałował mnie w czoło - Nawet mam ochotę tam nie przychodzić.
- Musimy jechać, ponoć nie chcesz gotować. - odetchnął głęboko - Chodźmy już.
Warszawa.
- Tatooooooo! Ja chcę do Rumunii! - Trish chodziła za Ivan'em - Dlaczego nie pozwalasz mi tam jechać?!
- Bo tam są oni. - ściskał zdenerwowany zęby - Jeśli puszczę cię tam samą, domyślą się, że się z nimi przyjaźnisz i kto wypuścił te dwie!
- Powiedz, że jedziemy na wakacje! Proszę! Oni mają dzisiaj bal! Muszę tam być! Mam nawet strój! - stanęła tuż przed nim - Proszę.
- Dobra, ale jadę z tobą. - Ivan dał za wygraną - Ale nie będę musiał się przebierać?
- Już mam pomysł za co. - uściskała go mocno i pobiegła do swojego pokoju
- Czego ja dla niej nie zrobię? - mruknął do siebie i zadzwonił gdzieś - Szykuj trzy bilety do Rumunii...
Norwegia.
- Nora, skarbie! Dostałaś zaproszenie od Matt'a na bal! - zaśmiał się ojciec Nory - Masz jakiś kostium prawda?
- Serio? - podbiegła do niego Nora - Żadnego nie mam, miałam zamiar siedzieć dzisiaj w domu... Cassisy! Masz coś?
- Chodź! - siostra Nory zawołała ją ze swojego pokoju - Tylko nie wybrzydzaj!
- Kocham cię! A jak mam do nich przylecieć? - spojrzała na zaproszenie
- Na lotnisku jest specjalny odrzutowiec dla ciebie. - wskazał jej palcem na zaproszeniu - Biegnij, mama ci normalne ciuchy spakuje.
- Dzięki! - pobiegła do pokoju siostry - Nie masz nic innego?!
- Miałaś nie wybrzydzać!
Zamek Draculi.
Wszyscy byli już na sali, a ja wciąż szukałam butów. Wrednie kozaki, zawsze któryś znajdzie się zupełnie gdzie indziej od drugiego. Znalazłam go pod łóżkiem, leżał tuż obok mojego starego albumu. Cały był zakurzony, kiedy już chciałam go otworzyć do drzwi ktoś zapukał
- Alice, jesteś gotowa? - Spytała Mary - Pomóc ci w czymś?
- Zaraz przyjdę! Tylko... Muszę coś odłożyć! - wsunęłam album pod łóżko, wybiegłam na korytarz i założyłam ostatni kozak - Duch?
- Pasuje? - miała na sobie białą sukienkę, legginsy, buty oraz czapkę z twarzą ducha - A ty, wiedźma?
- Włosy akurat pasują. - spojrzałam na brązowe kozaki, byłam jeszcze ubrana w krótkie czarne spodenki, czerwono-brązowy gorset, czarne rękawiczki oraz mały kapelusz wiedźmy - Widziałaś innych?
- Iris jest za królową śniegu. - zaśmiała się i ruszyła do sali - Reszty nie zdążyłam.
- To biegiem. - ruszyłam za nią i spróbowałam ją wyprzedzić - Kto ostatni ten zgniłe jajo!
- To tekst jakiegoś dzieciaka?! - zaczęłyśmy się ścigać
Do sali dobiegłyśmy dość szybko i w równym czasie. Zaczęłyśmy się śmiać i łapać oddech.
- Widzę że dobrze się bawicie. - przed nami stanął strach na wróble oraz Dorotka z "Czarnoksiężnika z krainy Oz" - Dopiero tutaj przyszłyście a już zmęczone?
- Matt, weź z nich przykład. - zaśmiała się Lilly jako Dorotka - Twój feniks Alice idealnie pasuje do wiedźmy.
- Dzięki, a wy pasujecie do siebie. - uśmiechnęłam się i zaczęłam się rozglądać
- Gada z James'em i Trish, szybko ich znajdziesz. - Matt szybko zrozumiał kogo szukam - Biegnij bo ucieknie.
Pobiegłam szukać Jack'a, niestety zdążył odejść od James'a i Trish.
- Witamy maleńka. - James idealnie wyglądał w roli wampira, długie blond włosy dodawały mu niebezpiecznego uroku. - Szukasz naszego zajączka Alice?
- Zajączka? Szukam Jack'a, a wątpię by przebrał się za jakieś zwierze, zwłaszcza! Zająca... - spojrzałam na Trish, typowy ninja - Postarałaś się z kostiumem.
- Wiem, mój tata ma lepszy strój. - zachichotała i wskazała palcem na mumie - Jak zobaczył kostium to widziałam jak się powstrzymuje od jakiejś uwagi.
- A kim jest ten zombie obok niego? - zaciekawiłam się niebiesko skórnym kolegą
- To Joe... - przeszły mnie od razu dreszcze - Idź już lepiej szukać bo ci znowu ucieknie, mówił że chce się pośmiać z Ben'a.
- Ta... To całkiem w jego stylu... - odeszłam od nich i skierowałam się z dala od Joe. W szybkim czasie znalazłam Ben'a, rozmawiał z Lucy. Ona była przebrana za diablice, nie powiem ona i James świetnie wybrali kostiumy... Ben za to przebrał się za wilkołaka... - Serio?
- O Alice! - uśmiechnął się na mój widok - Pięknie wyglądasz.
- A ty... śmiesznie... - powstrzymywałam się od napadu śmiechu - Ekhem... Widzieliście Jack'a?
- Szedł na balkon, powiedział że jak będziesz go szukać to masz tam iść. - Lucy wskazała na drzwi - Ostrzegam, on może zwiać tak szybko jak królik Alice.
- Skończcie z tymi królikami! - wrzasnęłam zirytowana i ruszyłam na balkon. Zamurowało mnie gdy w jedynym tłumie zobaczyłam królicze uszy... Podeszłam do nich - Jack?
- Alice? - spytał chłopak obok mnie, Mark przebrał się za kota z Chershire - Pasuje ci ten strój.
- Dziękuję, tobie kot nie za bardzo. - poklepałam go po głowie i spojrzałam na królika, okazała się nim Nora - Ładnie wyglądasz...
- Dziękuję, mam dla ciebie wiadomość. - pokazała dwój wielki zegar na łańcuszku - Jesteś spóźniona na Jack'a.
- Znowu?! - westchnęłam - Najwyżej, niech sam mnie znajdzie. Co ja jestem, jego piesek?
- O ile mnie pamięć nie zawodzi, raz byłaś służącą. - Jack przytulił mnie do tyłu - Znaleźliśmy Alicje przyjaciele.
- Hura! - Nora podskoczyła a Mark powstrzymywał się od śmiechu - Kapelusznik to wymyślił, na mnie nie patrz. Z własnej woli za kota bym się nie przebrał...
- Ja was kiedyś zatłukę.... - warknęłam zirytowana
Po krótkiej rozmowie zabawa halloweenowa się skończyła. Tak jak ten Oneshot :D
Więc... Teraz pora na moje uczucia co do postaci...
Alice - To jest taka moja własna OC... Ma cechy charakteru które ja bym chciała mieć, chociaż wkurza mnie ta jej ostatnia ucieczka >,< (Chociaż sama ją wymyśliłam) Myślę, że to normalne. Dopiero co poznała prawdę o swoich rodzicach i o tym że jej przyjaciele ją okłamywali, w sumie... Też bym uciekła wszystko przemyśleć. Osobiście jestem na etapie Alice z pierwszego rozdziału xD Nie lubię z nikim za bardzo gadać i nie pokazuję emocji póki naprawdę mocno kogoś nie polubię <3 Kanae-chan ty dobrze wiesz jak mi może odbić xD
Jack - On mnie wkurza! XD Seryjnie... To taka dziewczyna z ciągłym okresem XD Ale w sumie... takich chłopaków lubię ^^ Na początku on miał być wredny a później tak jakoś... zmizerniał... Ostatnio stwierdziłam że skoro Alice ma Bena to on też musi mieć swoją fanke XD Stąd pomysł na Nore B| <- w tej czcionce śmiesznie ta mina wygląda xD Uwielbiam go męczyć, ogólnie lubię męczyć i jego i Alice razem (dwie sceny z przebieralniami) Ale... Brałabym *_*
Ben - Wiecie jak mi go szkoda?! Został biedak przebity lodem Q_Q (wcale nie przez moją sadystyczną naturę) Było mi go tak szkoda że dałam Alice moc uzdrawiania XD Mam dla niego ogólnie parę w całym opowiadaniu, na początku to była Trish... Ale od niedawna mam kogoś innego na oku +w+ Lubię jego dziecięce kłótnie z Jack'iem! Na przykład o miejsce przy oknie w samolocie xD Albo... To jak się kłócili gdy nagle Alice zniknęła a tak naprawdę James wziął ją dla siebie XD Planuję jeszcze sporo takich kłótni między nimi xd
James - Kiedy pisałam pierwsze rozdziały to miałam do niego uczucie "Ty durniu, kiedyś cię zabiję! Zobaczysz!" A w końcu i tak zrobiłam z niego dobrego kumpla... Brawo ja! OD początku miał ociekać BISHOWATOŚCIĄ! Oczywiście Lucy też ale to za chwilę xD Teraz zdałam sobie sprawę że moje opisy mogą się okazać dłuższe od oneshota... MASAKRA~
Lucy - Ona powinna napisać książkę "Jak z wrednego babsztyla być miłą przyjaciółką" <3 Nie miałam w planach zrobienia jej takiej... W sumie, Lucy stała się taka gdy się dowiedziała, że Alice była wściekła w sprawie jej rodziców. Wiecie, twój wróg jest bardziej zły o twoją krzywdę niż ty... To zmienia nastawienie człowieka.
Matt - WUJCIO DOBRA RADA! On potrafi załatwić wszystko! Każdy go lubi bo jak inaczej? Też go uwielbiam :> Stwierdzam że on najlepiej ze wszystkich nadaje się na ojca xD
Lilly - Przyznam szczerze... Na początku myliłam imiona Lilly i Lucy xD Ona by też była najlepszą mamuśką... ONI ZA DOBRZE SIĘ DOBRALI!
Mary - W planach miałam zamiar ją dać później do opowiadania... Ale w pewnym momencie stwierdziłam... Niech ma! Będzie dłużej od Mark'a i Iris XD W sumie naprawdę miałam w planach zostawić tą amnezję... Ale taki piękny plan oni wymyślili, że musiałam to zmienić T^T
Mark - Człowiek według mnie zagadka... Iris tak samo! Kurde... Trenował na innym żywiole niż swój... Taki gnojek.... Ale lubię gnoja XD Nie mogę się zdecydować z kim on ma być ;-; planuję Mary ale Iris tak mnie szczuje.....
Iris - Czego kobieta nie potrafi? Ta wredna małpa żywioły nawet zmieniać potrafi XD Lubię ją ale tylko dlatego, że jest inna od Mick'a i nie ukrywa aż tyle jak on.
Mick - NIENAWIDZĘ! Tak jak na początku miałam aure spokoju jak pisałam z nim sceny tak teraz mam ochotę na morderstwo +.+
Trish - Na początku planowałam zrobić z niej plastika... W sumie udało się XD Ona była moim pierwszym parowaniem Matt'a... Cóż nie wyszło... Później Ben... Też zmieniłam zdanie... Ona chyba będzie starą panną z kotami TuT Lubię ją, ma takie pozytywna nastawienie.
Minnie - KOCHAM MAŁE DZIECI! To wszystko mówi...
Nora - ... Mam zamiar uprzykrzyć jej życie >:3
No to chyba wszyscy.... Wgl chciałam zauważyć, że niedługo minie rok tego opowiadania! I myślę nad jakimś konkursem TuT Chyba rysunkowy będzie xD O wiem! Do końca grudnia macie czas na zrobienie swojego zakończenia całego opowiadania! XD Może to być ich śmierć ślub któryś bohaterów... Cokolwiek! Aiko.... dopiero rok minął... Nie myśl o zakończeniu >,< No ale cóż... Technika dowolna: rysunek, opowiadanie itp... Więc życzę wam wesołego.... SORRY! Strosznego Halloween <3 Do następnego! (Jack! Przestań się patrzyć na tą dziewczynę!)
poniedziałek, 13 października 2014
Rozdział trzydziesty szósty "Odnaleziona zguba?"
Godzinę później,
spokojnie siedzieli w prywatnym odrzutowcu czekając na start. Spokojnie? Bardzo
głośnie dawali się we znaki kapitanowi i reszcie personelu.
- Ja! Siadam przy oknie!
– wrzasnął zdenerwowany Ben
- Po co? I tak zaśniesz chwilę po starcie…- prychnął Jack i usiadł na fotelu przy oknie – Poza tym, dlaczego musisz siedzieć obok mnie?
- Ponieważ inne miejsca są zajęte! – machnął ręką pokazując zajęte miejsca – A stać przez kilka godzin nie zamierzam.
- Po co? I tak zaśniesz chwilę po starcie…- prychnął Jack i usiadł na fotelu przy oknie – Poza tym, dlaczego musisz siedzieć obok mnie?
- Ponieważ inne miejsca są zajęte! – machnął ręką pokazując zajęte miejsca – A stać przez kilka godzin nie zamierzam.
- Czemu? To bardzo dobry
pomysł, stój. – uśmiechnął się i odwrócił szybko głowę oglądając pas startowy i
zakładając słuchawki na uszy
- Czy oni kiedyś
przestaną? – jęknął zdołowany James a na skrzydle z jego strony pojawił się
płomyk
- James! – Mary szybkim
podmuchem powietrza ugasiła pożar, po czym spojrzała ostro na Mark’a i Iris –
Jeśli chcecie dożyć tą podróż, oddajcie mu jego żywioł!
- Nie. Ma. Tak. Dobrze.
– uśmiechnął się Mark i powrócił do rozmowy z Iris, w tym momencie do
odrzutowca wszedł Matt razem ze skromną, niską brunetką – Kogo nam
przyprowadziłeś?
- To jest Nora, na
samolot w tamtym kierunku nie było już wolnych miejsc więc zaproponowałem jej
lot z nami. – uśmiechnięty Matt wskazał miejsce obok Jack’a – Ben jeśli możesz
iść do pilota się…. – Ben szybko przebył odległość dzielącą go z kabiną pilotów
– Nora, ty możesz usiąść obok Jack’a. Obiecała że oprowadzi nas po tamtych
terenach w zamian za transport.
- Dziękuję za pomoc. –
usiadła obok Jack’a
- Nie ma sprawy, tylko
rozwesel go. – kiwnął głową na słuchającego muzyki chłopaka obok – Tak jakby,
dziewczyna go rzuciła. – usiadł obok Lilly – Siadać! Za chwilę startujemy!
Pół godziny po starcie
większość spała, tak jak Jack przewidział Ben również. Niestety Jack’a męczyły
koszmary, widział Alice płaczącą w koncie. Gdy podszedł do niej, jej źrenice
stały się czerwone a cały pokój zaczęła ogarniać duchota. Powoli zaczynało
brakować powietrza, wyglądało to jakby tylko on to poczuł, Alice w bezruchu
spoglądała jak jemu powoli kończy się powietrze. Zamknął oczy i usłyszał cichy
szept który wołał jego imię, na początku brzmiał jak głos Alice ale im
głośniejszy się stawał tym nabierał całkowicie inny ton. Otworzył oczy i jedyne
co ujrzał to zielone oczy wpatrujące się w niego
- Alice? – wyszeptał,
miał nadzieję że to już nie był sen. Rozejrzał się na boki i zauważył że
dziewczyna stojąca przed nim ma czarne włosy – Kim jesteś?
- Jestem Nora, wyglądało
że miałeś koszmar więc próbowałam cię obudzić. – usiadła z powrotem na swoje
miejsce – Matt mi powiedział jak masz na imię i… - szybko umilkła – To imię
które wypowiedziałeś po obudzeniu, to była ona?
- Ta… - podrapał się po
głowie – Tylko my nie śpimy?
- Na to wychodzi. –
rozejrzała się wokół – Opowiesz mi o niej?
- Nie. - odwrócił się do niej tyłem i z powrotem zasnął
Dwie godziny później dotarli na miejsce, mała wioska w górach. Zapomniana część Norwegii, góry pokryte wiecznym śniegiem. Nora zabrała wszystkich do rodzinnej wioski oraz schroniska prowadzonego przez jej rodzinę. Wszyscy prócz Mark'a zamarzali
- Dlaczego tutaj jest tak zimno?! - wrzasnęła zdołowana Mary
- Jest zima oraz jesteśmy w górach, to powinno wszystko wyjaśnić. - Mark zaśmiał się, zawsze rozbawiały go narzeka Mary - Pomyśl że jutro idziemy na zjeżdżalnię która jest wysoooooooooko w górach.
- W takim razie mam nadzieję, że mnie wtedy ogrzejesz. - Mark zaczerwienił się, nie spodziewał się takiej odpowiedzi - Co tak zamilkłeś?
- To już tutaj! - Nora wskazała na budynek przed nimi - Podoba się?
- Pewnie! Świetny jest! - Matt z entuzjazmem otworzył drzwi i przepuścił Norę w drzwiach - Panie przodem. - po tych słowach czekał aż wszystkie wejdą
- Wróciłam! - Nora nie zdążyła zdjąć kurtki a już ktoś wszedł do rejestracji - Tato!
- Nora! Mój skarbek! - dobrze zbudowany szatyn przytulił ją - Już myślałem że nie dotrzesz na gwiazdkę!
- Nie mogłam tego ominąć, chociaż gdyby nie oni to mnie by tu nie było. - Nora wskazała na całą grupę - Zabrali mnie prywatnym samolotem.
- Bogaci co? - zmierzył ich wzrokiem
- Miło Pana poznać. czy jest możliwość zatrzymania się u Państwa na jakiś czas? - Matt zabrał ojca Nory do innego pokoju
- I już mamy pokoje załatwione. - ucieszyła się Iris - Matt potrafi wszystko załatwić!
- Załatwione! - Matt wrócił do wszystkich z kluczami - Dziękujemy Noro za pomoc.
- Nie ma sprawy, tylko ojciec powiedział ci o innym gościu? - dopytała Nora, wszyscy usłyszeli skrzypienie sufitu - Ostatnio była na stoku lawina i siostra znalazła jakąś dziewczynę. - na schodach pojawiła się rudowłosa dziewczyna - To właśnie ona.
- Tego się nie spodziewałem... - warknął James i spojrzał na Jack'a - Ludzie, straciliśmy go.
- Alice? - Jack z otwartymi oczami przyglądał się dziewczynie na schodach
- Nie. - odwrócił się do niej tyłem i z powrotem zasnął
Dwie godziny później dotarli na miejsce, mała wioska w górach. Zapomniana część Norwegii, góry pokryte wiecznym śniegiem. Nora zabrała wszystkich do rodzinnej wioski oraz schroniska prowadzonego przez jej rodzinę. Wszyscy prócz Mark'a zamarzali
- Dlaczego tutaj jest tak zimno?! - wrzasnęła zdołowana Mary
- Jest zima oraz jesteśmy w górach, to powinno wszystko wyjaśnić. - Mark zaśmiał się, zawsze rozbawiały go narzeka Mary - Pomyśl że jutro idziemy na zjeżdżalnię która jest wysoooooooooko w górach.
- W takim razie mam nadzieję, że mnie wtedy ogrzejesz. - Mark zaczerwienił się, nie spodziewał się takiej odpowiedzi - Co tak zamilkłeś?
- To już tutaj! - Nora wskazała na budynek przed nimi - Podoba się?
- Pewnie! Świetny jest! - Matt z entuzjazmem otworzył drzwi i przepuścił Norę w drzwiach - Panie przodem. - po tych słowach czekał aż wszystkie wejdą
- Wróciłam! - Nora nie zdążyła zdjąć kurtki a już ktoś wszedł do rejestracji - Tato!
- Nora! Mój skarbek! - dobrze zbudowany szatyn przytulił ją - Już myślałem że nie dotrzesz na gwiazdkę!
- Nie mogłam tego ominąć, chociaż gdyby nie oni to mnie by tu nie było. - Nora wskazała na całą grupę - Zabrali mnie prywatnym samolotem.
- Bogaci co? - zmierzył ich wzrokiem
- Miło Pana poznać. czy jest możliwość zatrzymania się u Państwa na jakiś czas? - Matt zabrał ojca Nory do innego pokoju
- I już mamy pokoje załatwione. - ucieszyła się Iris - Matt potrafi wszystko załatwić!
- Załatwione! - Matt wrócił do wszystkich z kluczami - Dziękujemy Noro za pomoc.
- Nie ma sprawy, tylko ojciec powiedział ci o innym gościu? - dopytała Nora, wszyscy usłyszeli skrzypienie sufitu - Ostatnio była na stoku lawina i siostra znalazła jakąś dziewczynę. - na schodach pojawiła się rudowłosa dziewczyna - To właśnie ona.
- Tego się nie spodziewałem... - warknął James i spojrzał na Jack'a - Ludzie, straciliśmy go.
- Alice? - Jack z otwartymi oczami przyglądał się dziewczynie na schodach
środa, 20 sierpnia 2014
Rozdział trzydziesty piąty "Trening James'a"
Na następny dzień w wiadomościach życzyli wszystkim
szczęśliwych świąt, a cała ekipa nadal wspominała wczorajsze zajście. Każdy na
swój sposób odczytywał zachowanie Alice, czy postąpiła dobrze, czy źle. Jednak
decydujący głos miał Jack który nie wychodził z pokoju.
- Ona nie może wrócić! – warknął James – Co z tego że
jest jedną z nas? Tylko wszystkich pozabija!
- Nie możecie jej zostawiać, nikogo nie możecie. – Iris
spoglądała przygnębiona na płomień tańczący w kominku – Wtedy….
- Iris ma rację. – Lucy podeszła do James’a – Żałuję że
byłam zła odnośnie Alice, wtedy jak straciłam swoją rodzinę, poczułam się jak
ona przez ostatnie dwa lata. Wiesz jaka byłam wtedy przygnębiona, tobie
wybaczyłam ponieważ powiedziałeś mi krótko po tym ale ona? Ona była cały czas
okłamywana.
- To i tak jej nie tłumaczy. – James usiadł na fotelu –
Mogła zrozumieć że to było dla większego dobra! Do tego musiała nauczyć się
panować nad ogniem, co do teraz jej nie wyszło.
- Myślisz że ogień jest łatwym żywiołem? – Mark spojrzał
na niego z drwiącym spojrzeniem – Iris może zaproponujemy mu krótki trening?
- Jestem za. – wsparła go Mary – Niech się dowie czegoś o
ogniu.
- Nie wiem o co chodzi, ale pokażę wam że jestem lepszy.
– prychnął wstając – Więc? Na czym polega tan wasz trening?
- Opowiem ci wszystko tylko wyjdźmy gdzieś gdzie niczego
nie spalisz. – Mark wyjrzał przez okno a Matt pogłośnił telewizor – Coś
ciekawego?
- Prawdopodobnie. – uśmiechnął się wyłączając telewizję –
Obejrzę resztę u siebie, Lilly idziesz ze mną?
- Popatrzę na ich trening. – pokiwała mu radośnie – Daj
mi znać jak się czegoś dowiesz.
Wyszli do lasu nad staw, w razie czego będzie można w
łatwy sposób ugasić pożar. James wyszedł na środek jeziora i rozłożył w ich
stronę ramiona
- Słucham, jaki trening? – spytał uśmiechnięty i pewny
siebie
- Radzę ci stamtąd wyjść. – podleciała do niego Mary –
Utopisz się.
- Ja i topienie się? Chyba pomyliłaś mnie z Alice!
- Ostrzegaliśmy. – Iris podeszła do stawu i zamknęła oczy
- Na strunach przyjaźni... Na skrzypcach dnia... Wiatr
cicho piękną, piosnkę gra. Nuci ją, szepce między drzewami... Nosi po polach i łąkach
z kwiatami… Niech wiatru śpiewanie do Ciebie dziś dotrze...
- Śliczny wierszyk, jakoś ten
śpiew mnie nie przekonał ale…. – James wpadł do wody a Mary szybko podciągnęła
go ku górze – Co tu się dzieje?!
- To moc naszej kochanej Iris,
ciekawa prawda? – Mark nie krył rozbawienia, Mary odstawiła James’a na ziemię –
To teraz zobacz jak trudno zapanować nad ogniem!
- Dobra, skoro tak się bawimy. – James spojrzał na swoje
mokre ubranie, po czym spalił sobie spodnie – To wyglądało na łatwiejsze!
- Słucham? – zaciekawiła się Iris – Nie myśl sobie, że
jak zapanowałeś nad swoim żywiołem, to od razu dasz radę z innym! Tym bardziej
nie z ogniem!
- Niby dlaczego? – James podszedł do niej pozostawiając
za sobą płonącą ścieżkę – Czym to się różni?
- Spójrz za siebie i sam mi powiedz. – wskazała mu na
płomień – Ty masz prościej, ciebie nie okłamały osoby którym ufałeś bez granic.
Pomyśl co teraz przeżywa Alice, graliście na jej uczuciach w momencie gdy klony
jej rodziców się tam pojawili. Bez nich by wam wybaczyła.
- Cholera… - mruknął zdołowany – Jak mogę to naprawić?
- Najlepiej? Nic, to Jack musi naprawić. – ruszyła w
stronę zamku – Mark chodź do mnie!
- Już lecę! – Mark radośnie podbiegł do Iris – Jak
zapanujesz nad ogniem, oddam ci wodę!
- Jak on może być taki…. – Lucy patrzyła na odbiegającego
Mark’a
- Radosny? – dokończyła za nią Mary – Sama nie wiem, taki
już jest. Dobra! James! Trenuj!
- Jesteś pewna że to Jack ma coś zrobić? – Mark szedł
koło Iris zamyślony – Nadal nie wiemy co Alice mu powiedziała że się tak
zamknął.
- Jak widziałam ich razem, widziałam to samo co między
Vincent’em a Annabell. – Iris uśmiechnęła się rozczulająco na wspomnienie
pierwszych władców żywiołów – Ich losy chyba zawsze będą się w jakiś sposób
łączyć.
- Nigdy mi o nich nie opowiadałaś. – przypomniał Mark,
miał nadzieję na opowieść o swoich przodkach – Jeśli zrobisz to teraz….
- I tak chciałam ci powiedzieć o tym. – zaśmiała się
znając jego intencje – Vincent był strasznie podobny z wyglądu do Alice, nie
powiem z zachowania troszeczkę też ale każdy ogień był żywiołowy. Za to
Annabell była spokojna i trochę chłodna jak Jack, była również kochana i
urocza, ha ha ha! – otarła łzy z policzków – Byli swoimi przeciwieństwami, lecz
coś chciało by poczuli do siebie uczucie. Szło im to naprawdę opornie! Każdy
wiedział o ich uczuciach ale oni nie chcieli ich przyjąć! Wiesz jaka byłam
zadowolona gdy Annabell zaszła w ciąże? Wtedy właśnie dowiedziałam się jak wy
możecie mieć dzieci. Niestety John wtedy zginął a stres Annabell przeszedł na
dziecko, urodziły się ale…
- Ale? – Mark czekał na ciąg dalszy ze zniecierpliwieniem
- Ale nie panowały nad żadnym żywiołem, bliźniaki Adam i
Ewa… - prychnęła – Już wiesz skąd wzięła się ta dwójka. Dla nas wyszło to
lepiej…. Tylko że oni później mieli synów i znasz resztę. – zaśmiała się – To
cała ich historia, oczywiście w między czasie mieli problemy ale dali radę.
- I masz nadzieję że tutaj też dadzą radę? – Mark
spojrzał zamyślony w niebo – A co jeśli ta historia skończy się inaczej?
- To nie możliwe. – zaśmiała się i pokiwała ludziom
idących do kaplicy
***
- To nie możliwe! – James po raz kolejny zapalił drzewo –
Mary, powiedz mi w jaki sposób Mark panuje nad wodą!
- Nie wiem tego. – wzruszyła znudzona ramionami – Kiedyś
również miałam taki trening, cudem zapanowałam nad ogniem.
- Ty dałaś radę? – James podszedł do niej – Jak?
- Oczyściłam umysł i wyrzuciłam wszystkie złe uczucia,
najgorszy był gniew. Nie udawało mi się i byłam jeszcze bardziej wściekła! –
podmuchem wiatru zgasiła płomień – Ale kiedy coś mi się udało… Gniew zniknął i
zapanowałam nad nim. Niestety to jest tymczasowe, Mark i Alice żyją z tym od
dziecka.
- Więc będę musiał przestać się śmiać z Alice… - warknął
po czym skierował się do Lucy – Wiesz już gdzie jest?
- Niestety jeszcze nie. – Lucy odwróciła głowę w stronę
Lilly – Razem szukałyśmy, nigdzie jej nie było.
- Czy to możliwe by ona… - zaczęła Lilly, lecz się
zawahała – Nie, to nie możliwe.
- Odczujemy jej śmierć. – stwierdziła stanowczo Mary –
Tak mówiła Iris, jesteśmy połączeni jakby nicią.
- Coś nas ku sobie ciągnie? – James przytulił Lucy i
oparł głowę na jej ramie – Nie mogę narzekać.
- Lilly zostawmy ich samych, Matt chce cię zobaczyć. –
Mary mrugnęła do Lilly – A ty tutaj trenuj.
Lilly oraz Mary szybko znalazły się tuż przed zamkiem,
czekał tam na nich Matt z Jack’iem. Matt cały w skowronkach a Jack patrzył w
ziemię z kamienną twarzą
- Tak jak myślałem! Najlepszym miejscem na święta będzie
wyjazd na narty! – krzyknął zadowolony Matt – Zgadzasz się ze mną Jack?
- Ta… - warknął, nie miał najmniejszej ochoty na wyjście
z pokoju – Możecie mnie zostawić? Mam parę spraw do załatwienia.
- Braciszku, jedź z nami! – poprosiła go Mary – Nigdy nie
byłam na nartach.
- To teraz będziesz, BEZE MNIE. – spróbował wrócić do
środka ale Matt go zatrzymał – Czego?
- Zaufaj mi, dobrze ci zrobi ten wyjazd. – szepnął mu na
ucho Matt – Mają tam ciekawą zjeżdżalnię która przechodzi przez sam środek
góry, ponoć jak się zjeżdża tam w nocy widać stwory mieszkające tam.
- I? – Jack nadal nie wyglądał na zachwyconego – Zwykła
miejska legenda.
- Ja też chętnie pojadę! – odezwał się James przechodząc
wraz z Lucy pod bramą – Miejsce wypełnione śniegiem, że też ja o tym nie
pomyślałem.
- Jak myślisz Mary, Mark i Iris też pojadą? – zaciekawiła
się Lilly
- Pewnie. – z kaplicy wyszła Iris z Mark’iem – Przez
przypadek usłyszeliśmy wasze plany.
- To postanowione! Nawet samolot mamy już wynajęty! – Matt
zabrał Jack’a pod ramię i ruszyli wszyscy w stronę lotniska
czwartek, 31 lipca 2014
Rozdział trzydziesty czwarty "Kłamstwa"
- Mama? - do oczu dopłynęły mi łzy, spojrzałam na postać za kobietą z niedowierzaniem opadłam na kolana a z moich oczu wydobył się strumień łez - To nie możliwe!
- Wiecie co? Nawet jeśli to ma wyjść jej na dobrze, już nie będę kłamać. - stwierdził Jack a moi rodzice zmienili się w wodę - Kazali podnieść cię na duchu, lecz wiem że... - patrzyłam zdziwiona na wodę, tak się ucieszyłam na ich widok, że nie pomyślałam, że mogą być kolejnym kłamstwem. Spojrzałam zdziwiona na Jack'a
- Skąd wiedziałeś jak wygląda mój ojciec? Nigdy nie pokazywałam tobie jego zdjęć. - rozejrzał się po pokoju - Skąd?
- Kiedy przywiozłem tutaj twój album to podpatrzyłem. - patrzył przed siebie na James'a, zwróciłam się do James'a - Skąd bym go inaczej znał?
- On żyje? - wyszeptałam błagalnie do James'a
- Brawo idioto. - warknął James poprawiając włosy - Ben weź ją stąd.
- Nie. - Ben patrzył złowrogo na Jack'a - Najpierw pokazujecie jej rodziców, potem okazuje się to kłamstwem i niczego nie chcecie wyjaśnić? Ona chyba zasługuje by znać prawdę o swoich rodzicach.
- Jack? - James zwrócił się do Jack'a - Weźmiesz ją do pokoju?
- Nie, jestem tego samego zdania co Ben. - Jack przytulił mnie od tyłu i szepnął do ucha - Ale tylko w tej kwestii.
- Wiecie co? - wstałam ze łzami w oczach - Jeśli tak ma wyglądać moje życie z wami, to się wynoszę!
- Gdzie się niby wybierzesz? - prychnął James z wrednym uśmiechem - Znajdziemy cię wszędzie.
- Nie możesz być tego pewny, Ben? - spojrzałam pewna siebie na Ben'a - Idziesz ze mną?
- Chyba nie myślałaś że zostawię cię samą? - wstał i podszedł do mnie - Ale zostańmy tutaj przez jakiś czas.
- Nie mam wyboru. - wyszłam z pokoju i skierowałam się na zewnątrz
Kilka minut później byłam nad jeziorem, było spokojne jak zawsze. Zrobiło się ciemno i zaczął padać śnieg, nigdy wcześniej nie czułam zimna, teraz czułam je w sercu. Każda droga dla mnie osoba mnie okłamywała. Opadłam na kolana i spojrzałam w niebo, gwiazdy zakryte chmurami. ścisnęłam mocno pięści
- Okłamywali, zdradzali i udawali... - drzewa stanęły w płomieniach - ...ufałam, wierzyłam i.... - po policzku spłynęła łza - ...kochałam!
- Panienko? - odwróciłam wzrok na osobę stojącą w cieniu - Wszystko w porządku?
W tym samym czasie, po zamknięciu Mick'a w lochach wszyscy zebrali się w bibliotece. Rozmawiali o wydarzeniach tego wieczoru, każdy miał inne odczucia w tym temacie. Dyskusję przerwało walenie do bramy, Jack podszedł do okna
- To Pascal i Marco, wyglądają na przerażonych. - ogłosił i otworzył okno - Otworzyć bramę!
Do pokoju wbiegło dwóch mężczyzn, cali zdyszani i ubrani w piżamy
- Co się stało? - Iris podeszła do nich zmartwiona
- Las się pali! - wrzasnął Pascal
- A Jude zobaczył jak panienka Alice szła w tamtą stronę, nie wrócił do teraz. - dokończył bardziej opanowany Marco - Błagam uratujcie mego syna, o panience nie wspomnę.
- Jeśli spotkał Alice to nic mu się nie stanie. - prychnął Matt
- Zapomniałeś w jakim jest stanie? To ona mogła spowodować ten pożar! - Jack wyskoczył przez okno i pobiegł w stronę płomienia
- Matt i Mark idziecie ze mną, reszta zostaje. - rozkazał James - Ben jeśli ktoś z tej dwójki wróci masz wszystkim dać znać. Każdy bierze telefon! - zamknął okno za Jack'iem - Cholera on nie zabrał!
- On się zachowuje jak jego ojciec. - prychnęła Iris
- Idziemy! - Matt wyleciał przez okno a reszta wybiegła
- Oby wszystko dobrze się skończyło.... - podsumowała Lilly
- Wątpię. - Lucy spojrzała przez okno na chłopaków wybiegających przez bramę - Mam złe przeczucia.
- Wiecie co? Nawet jeśli to ma wyjść jej na dobrze, już nie będę kłamać. - stwierdził Jack a moi rodzice zmienili się w wodę - Kazali podnieść cię na duchu, lecz wiem że... - patrzyłam zdziwiona na wodę, tak się ucieszyłam na ich widok, że nie pomyślałam, że mogą być kolejnym kłamstwem. Spojrzałam zdziwiona na Jack'a
- Skąd wiedziałeś jak wygląda mój ojciec? Nigdy nie pokazywałam tobie jego zdjęć. - rozejrzał się po pokoju - Skąd?
- Kiedy przywiozłem tutaj twój album to podpatrzyłem. - patrzył przed siebie na James'a, zwróciłam się do James'a - Skąd bym go inaczej znał?
- On żyje? - wyszeptałam błagalnie do James'a
- Brawo idioto. - warknął James poprawiając włosy - Ben weź ją stąd.
- Nie. - Ben patrzył złowrogo na Jack'a - Najpierw pokazujecie jej rodziców, potem okazuje się to kłamstwem i niczego nie chcecie wyjaśnić? Ona chyba zasługuje by znać prawdę o swoich rodzicach.
- Jack? - James zwrócił się do Jack'a - Weźmiesz ją do pokoju?
- Nie, jestem tego samego zdania co Ben. - Jack przytulił mnie od tyłu i szepnął do ucha - Ale tylko w tej kwestii.
- Wiecie co? - wstałam ze łzami w oczach - Jeśli tak ma wyglądać moje życie z wami, to się wynoszę!
- Gdzie się niby wybierzesz? - prychnął James z wrednym uśmiechem - Znajdziemy cię wszędzie.
- Nie możesz być tego pewny, Ben? - spojrzałam pewna siebie na Ben'a - Idziesz ze mną?
- Chyba nie myślałaś że zostawię cię samą? - wstał i podszedł do mnie - Ale zostańmy tutaj przez jakiś czas.
- Nie mam wyboru. - wyszłam z pokoju i skierowałam się na zewnątrz
Kilka minut później byłam nad jeziorem, było spokojne jak zawsze. Zrobiło się ciemno i zaczął padać śnieg, nigdy wcześniej nie czułam zimna, teraz czułam je w sercu. Każda droga dla mnie osoba mnie okłamywała. Opadłam na kolana i spojrzałam w niebo, gwiazdy zakryte chmurami. ścisnęłam mocno pięści
- Okłamywali, zdradzali i udawali... - drzewa stanęły w płomieniach - ...ufałam, wierzyłam i.... - po policzku spłynęła łza - ...kochałam!
- Panienko? - odwróciłam wzrok na osobę stojącą w cieniu - Wszystko w porządku?
W tym samym czasie, po zamknięciu Mick'a w lochach wszyscy zebrali się w bibliotece. Rozmawiali o wydarzeniach tego wieczoru, każdy miał inne odczucia w tym temacie. Dyskusję przerwało walenie do bramy, Jack podszedł do okna
- To Pascal i Marco, wyglądają na przerażonych. - ogłosił i otworzył okno - Otworzyć bramę!
Do pokoju wbiegło dwóch mężczyzn, cali zdyszani i ubrani w piżamy
- Co się stało? - Iris podeszła do nich zmartwiona
- Las się pali! - wrzasnął Pascal
- A Jude zobaczył jak panienka Alice szła w tamtą stronę, nie wrócił do teraz. - dokończył bardziej opanowany Marco - Błagam uratujcie mego syna, o panience nie wspomnę.
- Jeśli spotkał Alice to nic mu się nie stanie. - prychnął Matt
- Zapomniałeś w jakim jest stanie? To ona mogła spowodować ten pożar! - Jack wyskoczył przez okno i pobiegł w stronę płomienia
- Matt i Mark idziecie ze mną, reszta zostaje. - rozkazał James - Ben jeśli ktoś z tej dwójki wróci masz wszystkim dać znać. Każdy bierze telefon! - zamknął okno za Jack'iem - Cholera on nie zabrał!
- On się zachowuje jak jego ojciec. - prychnęła Iris
- Idziemy! - Matt wyleciał przez okno a reszta wybiegła
- Oby wszystko dobrze się skończyło.... - podsumowała Lilly
- Wątpię. - Lucy spojrzała przez okno na chłopaków wybiegających przez bramę - Mam złe przeczucia.
***
- Panienko? - odwróciłam wzrok na osobę stojącą w cieniu - Wszystko w porządku?
- Zostaw mnie. - zapaliłam drzewo obok niego, rozpoznałam go. To był Jude, jeden z wyznawców. - Jeszcze coś ci się stanie.
- Nie mogę tego zrobić, jako wyznawca muszę dbać o mojego Boga. - podszedł bliżej mnie
- Kazałam ci mnie zostawić. - ogień wystrzelił w jego stronę, oberwał w ramie
- Proszę, nie zabijaj mnie! Chcę tylko pomóc! - padł na kolana i próbował ugasić ogień śniegiem
- Kłamiesz! Jak wszyscy! - kolejny strzał w brzuch - Każdy kłamie! Myślisz że tego nie wiem?!
- A! - woda z jeziora trysnęła na Jude'a - Zimno!
- Zostawcie mnie! - Jude cały się zapalił a przez moją prawą rękę przeszedł lodowaty dreszcz - Spalę to wszystko!
- Nie rób tego! - woda z jeziora spłynęła w stronę Jude'a a płomień zaczął pożerać resztę lasu, cofając się do tyłu wpadłam na coś. Spróbowałam to spalić, płonące dłonie złapały mnie i przytuliły - Proszę, ugaś ten pożar i daj się wytłumaczyć.
- Za późno na tłumaczenie. - warknęłam i odwróciłam się do niego - Za późno na nas, Jack.
Zmieniłam się w popiół. Wiatr zabrał moje prochy daleko w góry pokryte wiecznym śniegiem, nikt mnie nie znajdzie i nikogo nie zranię. Znalazłam grotę i zasypałam jej wejście.
- Całą wieczność spędzę tutaj. - postanowiłam idąc w głąb jaskini
***
- Jack! - James podbiegł do nieprzytomnego Jack'a - Dobrze że osłoniłeś się wodą... Ale ona uciekła!
- Jude też dobrze wygląda, ma tylko lekkie poparzenia. - zdiagnozował Matt - Cieszmy się że mamy Mark'a po swojej stronie, wątpię byśmy sami dali tak szybko radę z tym ogniem.
- Myślisz że wróci? - James zabrał Jack'a na plecy
- Wiem że on jej nie zostawi. - Matt uśmiechnął się biorąc Jude'a - Ty też to wiesz.
- Miałem nadzieję że powiesz coś innego.... - westchnął i ruszyli do zamku
środa, 16 lipca 2014
Rozdział trzydziesty trzeci "Prawda"
Na następny dzień do pokoju Ben'a weszła Minnie i powiedziała że jeszcze dzisiaj przyjedzie Iris wraz z Mark'iem, oraz James i Lucy. Byłam pewna że Lucy przyzna mi rację gdy się dowie, że to James zabił jej rodziców. Jeśli Iris również postanowi mi pomóc to Mark też, za nimi pójdzie Mary... W ten sposób będziemy tak samo silni jak Mick z resztą zdrajców. Popołudniu poszłam do kuchni uszykować coś do jedzenia dla mnie i Ben'a, niestety spotkałam tam Matt'a i Lilly
- Hej Alice! - Lilly podbiegła do mnie radośnie - Ponoć Ben się obudził! Wszystko z nim dobrze?
- A co was to obchodzi? - warknęłam otwierając drzwi lodówki - Przecież i tak musicie go zabić.
- O co ci chodzi? - entuzjazm Lilly gwałtownie spadł - Przecież to nasz przyjaciel, tak jak i ty.
- Skoro jestem waszą przyjaciółką, to dlaczego nie zareagowaliście na wieść że moja mama ma zginać? - zamknęłam lodówkę - Zamówię lepiej pizze.
- Już wiesz... - mruknął Matt - Skąd?
- Jack mi powiedział. Kiedy ogarnęłam że jego rodziców i wszystkich innych zabija James! - wrzasnęłam wściekła uderzając pięścią o lodówkę - Teraz jesteście dla mnie tylko zdrajcami....
- Czemu zrzucił na nas resztę? - Matt odetchnął z ulgą a Lilly zaczęła się śmiać - To jest naprawdę kłopotliwe...
- Ciocia przyjechała! - usłyszeliśmy radosne wołanie Minnie - Ciocia!
- Muszę się z nią zobaczyć. - wybiegłam szybko z kuchni
Ruszyłam za głosem Minnie na podwórze. Stała tam białowłosa dziewczyna razem z rudym chłopakiem, uśmiechnięta rozmawiała z Minnie. Chłopak spojrzał na mnie, przede mną rozbłysł ogień. Rozejrzałam się dookoła
- Alice uważaj! - Jack podbiegł do mnie przerażony - Ten chłopak...
- Zostaw mnie. - podeszłam do Iris - Witaj, jestem Alice.
- Właśnie usłyszałam. - zaśmiała się i wskazała na chłopaka - To jest Mark a ja jestem Iris. Bardzo mnie zdziwiło że chcesz coś wszystkim ogłosić, stwierdziłam że jesteś bardzo ciekawą osobą. A kim jest tamten chłopak?
- Jack? To brat Mary. - mruknęłam zła
- Jesteś dla niego ważna. - poklepała mnie po ramieniu - Uratował cię przed płomieniem Mark'a, to naprawdę wyczyn.
- Możliwe... Musisz wiedzieć że Mick chce cię... - podbiegła do nas Mary i przytuliła Mark'a - Serio?
- Mark! Tęskniłam! - Spojrzała na Iris - Iris!
- Witaj Mary. - Iris uśmiechnęła się i skierowała się do stojącego w drzwiach Mick'a - Witaj braciszku.
- Witaj, wybacz że tak nagle cię wezwałem. - weszli razem do zamku, poczułam na sobie spojrzenie Minnie
- Pokłóciłaś się z Jack'iem? - spytała prosto z mostu - O co chodzi? - spojrzałam na załamanego Jack'a - Wiesz że jeśli macie jakiś problem to najlepiej obgadać go w cztery oczy?
- To już nic nie da. - potargałam jej włosy i odeszłam ze smutnym uśmiechem, powstrzymując łzy - Już nic nie pomoże....
Powróciłam do Ben'a, widząc mój smutek mocno mnie przytulił i milczał. Byłam mu za to wdzięczna. Wieczorem wrócił James razem z Lucy, wszyscy zebrali się w jednym pokoju.
- Więc co chciałaś nam przekazać? - Iris uśmiechnęła się w moją stronę
- Wszyscy wiedzą że mam feniksa, racja? - spojrzałam na każdego, po czym podciągnęłam rękaw i pokazałam znamie które Evi pozostawił - Mam to samo co pierwszy, Mick doskonale poznaje to znamie. Oczywiście nie wspominając już o tym jak powstał Evi.
- Do czego zmierzasz? - mruknął znudzony Mick
- Do tego że Evi pokazał mi moment w którym zginął i powstał, moment jak soplami lodu przebiła go Julie. - Mick oraz Iris szeroko otworzyli oczy ze zdziwienia - Vincent go ocalił, lecz ty wtedy planowałeś zamach na własną siostrę. - wszyscy spojrzeli na Mick'a - Ciekawe ile rzeczy jeszcze zmyśliłeś? Iris ty inaczej trenowałaś Mary i Mark'a, prawda? - pokiwała oszołomiona głową - Mary nic nie wie o tym co się stanie gdyby zaszła w ciążę z Mark'iem, czy to prawda że by wtedy zmarła?
- Nic o tym nie wiem... Wcześniej nie było przy tym żadnych problemów pod warunkiem że w przypadku Mary pilnowałby jej Matt, tym sposobem żywioł byłby spokojny. - Mick spróbował wstać lecz James go powstrzymał - Skoro już wszystko nam przekazałaś to my też chcemy coś powiedzieć, prawda James?
- Taaak... - James uśmiechnął się a ja usiadłam na kanapie - Alice nie powiedziała tego że to przeze mnie ginęły wasze rodziny, oczywiście większość z was o tym wie. Ale to wszystko kłamstwo.
- Co? - ktoś położył rękę na moje ramie - Widziałam jak zabijałeś moją matkę.
- Znasz syreny Jack'a? - James uśmiechnął się wrednie - Dlatego nikt mnie nie powstrzymał, rodziców Jack'a przerzuciłem razem z Mary do Anglii. Oczywiście wcześniej się skontaktowałem z Iris, prawda Mary?
- Udawałam że straciłam pamięć, gdybyście wiedzieli moglibyście coś wygadać. - spojrzała na mnie - Ale naprawdę się ucieszyłam po tym co powiedziałaś mi o Jack'u tam. Ale jeśli moglibyście wyjaśnić mi syreny?
- Potrafię wytworzyć z wody postać która spełnia wszystkie potrzebne funkcje życiowe, oraz potrafi się komunikować. - wyjaśnił jej Jack
- Przy rodzinie Lucy również Jack pomógł, tylko płacz Lucy który słyszałaś przez telefon nie był udawany. Dopiero później opowiedziałem jej prawdę. - spojrzałam na Lucy która się uśmiechała i podeszła do mnie
- Przepraszam cię za te włosy, po tym jak się dowiedziałam jak na James'a i Mick'a nawrzeszczałaś za to co zrobili... Zrozumiałam że źle cię oceniłam. - oniemiała patrzyłam na wszystkich po kolei
- Mogę wyjść? - wstałam i ruszyłam w stronę drzwi
- Są tu dwie osoby które powinnaś spotkać przed wyjściem. - Jack wybiegł przede mną i otworzył drzwi
- Mama? - do oczu dopłynęły mi łzy, spojrzałam na postać za kobietą z niedowierzaniem opadłam na kolana a z moich oczu wydobył się strumień łez - To nie możliwe!
- Pokłóciłaś się z Jack'iem? - spytała prosto z mostu - O co chodzi? - spojrzałam na załamanego Jack'a - Wiesz że jeśli macie jakiś problem to najlepiej obgadać go w cztery oczy?
- To już nic nie da. - potargałam jej włosy i odeszłam ze smutnym uśmiechem, powstrzymując łzy - Już nic nie pomoże....
Powróciłam do Ben'a, widząc mój smutek mocno mnie przytulił i milczał. Byłam mu za to wdzięczna. Wieczorem wrócił James razem z Lucy, wszyscy zebrali się w jednym pokoju.
- Więc co chciałaś nam przekazać? - Iris uśmiechnęła się w moją stronę
- Wszyscy wiedzą że mam feniksa, racja? - spojrzałam na każdego, po czym podciągnęłam rękaw i pokazałam znamie które Evi pozostawił - Mam to samo co pierwszy, Mick doskonale poznaje to znamie. Oczywiście nie wspominając już o tym jak powstał Evi.
- Do czego zmierzasz? - mruknął znudzony Mick
- Do tego że Evi pokazał mi moment w którym zginął i powstał, moment jak soplami lodu przebiła go Julie. - Mick oraz Iris szeroko otworzyli oczy ze zdziwienia - Vincent go ocalił, lecz ty wtedy planowałeś zamach na własną siostrę. - wszyscy spojrzeli na Mick'a - Ciekawe ile rzeczy jeszcze zmyśliłeś? Iris ty inaczej trenowałaś Mary i Mark'a, prawda? - pokiwała oszołomiona głową - Mary nic nie wie o tym co się stanie gdyby zaszła w ciążę z Mark'iem, czy to prawda że by wtedy zmarła?
- Nic o tym nie wiem... Wcześniej nie było przy tym żadnych problemów pod warunkiem że w przypadku Mary pilnowałby jej Matt, tym sposobem żywioł byłby spokojny. - Mick spróbował wstać lecz James go powstrzymał - Skoro już wszystko nam przekazałaś to my też chcemy coś powiedzieć, prawda James?
- Taaak... - James uśmiechnął się a ja usiadłam na kanapie - Alice nie powiedziała tego że to przeze mnie ginęły wasze rodziny, oczywiście większość z was o tym wie. Ale to wszystko kłamstwo.
- Co? - ktoś położył rękę na moje ramie - Widziałam jak zabijałeś moją matkę.
- Znasz syreny Jack'a? - James uśmiechnął się wrednie - Dlatego nikt mnie nie powstrzymał, rodziców Jack'a przerzuciłem razem z Mary do Anglii. Oczywiście wcześniej się skontaktowałem z Iris, prawda Mary?
- Udawałam że straciłam pamięć, gdybyście wiedzieli moglibyście coś wygadać. - spojrzała na mnie - Ale naprawdę się ucieszyłam po tym co powiedziałaś mi o Jack'u tam. Ale jeśli moglibyście wyjaśnić mi syreny?
- Potrafię wytworzyć z wody postać która spełnia wszystkie potrzebne funkcje życiowe, oraz potrafi się komunikować. - wyjaśnił jej Jack
- Przy rodzinie Lucy również Jack pomógł, tylko płacz Lucy który słyszałaś przez telefon nie był udawany. Dopiero później opowiedziałem jej prawdę. - spojrzałam na Lucy która się uśmiechała i podeszła do mnie
- Przepraszam cię za te włosy, po tym jak się dowiedziałam jak na James'a i Mick'a nawrzeszczałaś za to co zrobili... Zrozumiałam że źle cię oceniłam. - oniemiała patrzyłam na wszystkich po kolei
- Mogę wyjść? - wstałam i ruszyłam w stronę drzwi
- Są tu dwie osoby które powinnaś spotkać przed wyjściem. - Jack wybiegł przede mną i otworzył drzwi
- Mama? - do oczu dopłynęły mi łzy, spojrzałam na postać za kobietą z niedowierzaniem opadłam na kolana a z moich oczu wydobył się strumień łez - To nie możliwe!
czwartek, 3 lipca 2014
Rozdział trzydziesty drugi Happy End
Patrzyłam na ziemię ze łzami w oczach, nie pamiętam już w którym momencie James się do mnie tak zbliżył, że jego zdrada zabolała mnie tak mocno. Jack również wyglądał na smutnego
- Alice znienawidzisz mnie jeśli ci powiem że o tym wiedziałem? - spojrzał na mnie poważny
- Słucham? - otworzyłam szeroko oczy, miałam nadzieję że to jakiś żart - Że ponoć wiedziałeś? I nic z tym nie zrobiłeś?
- Tak, wiedziałem to od samego początku... Wiedziałem również że zabije twoją matkę. - odwrócił wzrok - I nic z tym nie zrobiłem. - uderzyłam go w twarz
- Kłamałeś... - wstałam ściskając pięści - Wiesz jak cierpiałam, dlaczego go nie powstrzymałeś?
- Nie mogłem... - dotknął palcami swój policzek - Lilly i Matt też wiedzieli.
- Czyli wszyscy mnie okłamywali. - odwróciłam wzrok, do oczu podchodziły mi łzy - Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć?
- Przepraszam. - wymamrotał
- Za późno. - wyszłam wściekła i trzasnęłam drzwiami, oparłam się o nie i zjechałam na ziemię
Wszyscy mnie oszukiwali, prócz Ben'a. Tylko on był szczery od samego początku, wstałam i ruszyłam do pokoju w którym leżał. Kiedy weszłam do pokoju poczułam że nogi tracą swoją siłę. Oparłam się o ścianę i spoglądałam na niego. Przypomniało mi się że płomień nie tylko zabija, daje również życie. Podeszłam do Ben'a i położyłam rękę w miejscu serca, miałam nadzieję że rany pod moim dotykiem znikną. Po kilku minutach nadal się nie poruszył, usiadłam na krześle obok. Popatrzyłam na niego zdołowana
- Okazało się że tylko tobie mogę ufać. - wzruszyłam ramionami - Wybacz że cię zostawiłam. - jego ręka drgnęła - Ben?
- Cieszę się że jesteś. - wyszeptał, spojrzałam na jego twarz, uśmiechał się - Dobrze że nic ci nie jest.
- To ja powinnam ci to powiedzieć. - z moich oczu zaczęły się wydobywać łzy - Miałeś rację, mówiłeś że Jack się tylko mną bawi... Przepraszam że ci nie uwierzyłam.
- Nic się nie stało. - usiadł drapiąc się po głowie - Chociaż wolałbym byś teraz przez to nie cierpiała...
- To mówi facet który został przebity soplem lodu. - uśmiechnęłam się ocierając łzy - Powinieneś leżeć.
- Czuję się o wiele lepiej. - zaśmiał się - Opowiedz co się stało.
- Wiesz co spotkało moją matkę, prawda? - pokiwał twierdząco głową - Okazało się że to nie była jedyna ofiara James'a, rodzice Jack'a oraz rodzina Lucy też zostali przez niego zabici.
- Nie to musiało cię aż tak zaboleć. - zauważył
- Zabolało mnie to że wszyscy prócz mnie o tym wiedzieli, Jack, Lilly, Matt a Mick sam wydawał rozkazy. - spróbowałam się uśmiechnąć - Nikt z tym nic nie zrobił.
- Ben pewnie jeszcze się nie wybudził. - usłyszeliśmy za drzwiami głos Mick'a - Ale musimy zmienić jego opatrunek. - wszedł do środka razem z Minnie - Alice?
- Alice! - podbiegła i się do mnie przytuliła - Pokłóciłaś się z Jack'iem? - spojrzała na Ben'a - Tato on nie śpi!
- Powiedz mi Ben, czy Minnie coś o tym wie? - Minnie zaczęła rozmawiać z Ben'em a ja podeszłam do Mick'a - Czy wie tak dla przykładu, że chcesz zabić własną siostrę?
- Skąd o tym wiesz? - spojrzał na mnie poważny - Nikt o tym nie wiedział prócz...
- Pierwszego pokolenia? - uśmiechnęłam się wrednie - Zwołaj naradę, tak żeby wszyscy byli, Iris i Mark również.
- Co chcesz zrobić? - dopytał niepewny
- Zobaczysz. - wróciłam do Minnie i Ben'a - I jak jego rany?
- Nie ma ich. - Ben się odwrócił a na jego plecach nie było śladu po ranach - To dziwne, przynajmniej jakiś ślad przynajmniej powinien zostać.
- Po prostu mam świetne pielęgniarki. - zaśmiał się Ben i mocno przytulił Minnie - A czy możecie mnie i Alice zostawić jeszcze samych?
- Ta, postaram się w tym czasie spełnić jej prośbę. - Mick zabrał Minnie na ręce i wyszli z pokoju
- O co chodzi? - usiadłam z powrotem na krześle
- Najbardziej boli cię to że Jack nic nie zrobił, prawda?
- Aż tak to widać? - uśmiechnęłam się
- Weź o nim teraz zapomnij. - potargał mi włosy
- Nie umiem.
- Dlaczego?
- Pamiętasz ile to jest dwa plus dwa? - spojrzałam na niego ze smutkiem w oczach
- No oczywiście że pamiętam. - prychnął
- To weź to zapomnij. - położyłam głowę na jego kolanach i zaczęłam płakać - Pozwolił mi uwierzyć w siebie. W to, że czasem warto walczyć o coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się nieosiągalne. Chwile zwątpienia i małe niepowodzenia tylko pobudzały do działania....
- Wiesz, może nigdy nie byłam z nim zaprzyjaźniony ale... - westchnął - Kiedy wrócił do zamku po twoim zniknięciu chciał cię od razu szukać. Według mnie jemu naprawdę na tobie zależy i dlatego nie mówił ci tego do tej pory. Bywa tak że życie układa nam inny scenariusz niż byśmy chcieli, ale na końcu zawsze spotka nas happy end.
- Naprawdę tak myślisz? - przestałam płakać i spojrzałam na niego - Naprawdę czeka mnie happy end?
- Każdego czeka. - uśmiechnął się - Nie masz co narzekać, masz cel i musisz do niego dążyć. Pamiętaj że ja zawsze będę po twojej stronie.
- Dziękuję ci. - przytuliłam go mocno - Uwierz mi, to co ja zrobię będzie nazywane wielką rewolucją.
- Alice znienawidzisz mnie jeśli ci powiem że o tym wiedziałem? - spojrzał na mnie poważny
- Słucham? - otworzyłam szeroko oczy, miałam nadzieję że to jakiś żart - Że ponoć wiedziałeś? I nic z tym nie zrobiłeś?
- Tak, wiedziałem to od samego początku... Wiedziałem również że zabije twoją matkę. - odwrócił wzrok - I nic z tym nie zrobiłem. - uderzyłam go w twarz
- Kłamałeś... - wstałam ściskając pięści - Wiesz jak cierpiałam, dlaczego go nie powstrzymałeś?
- Nie mogłem... - dotknął palcami swój policzek - Lilly i Matt też wiedzieli.
- Czyli wszyscy mnie okłamywali. - odwróciłam wzrok, do oczu podchodziły mi łzy - Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć?
- Przepraszam. - wymamrotał
- Za późno. - wyszłam wściekła i trzasnęłam drzwiami, oparłam się o nie i zjechałam na ziemię
Wszyscy mnie oszukiwali, prócz Ben'a. Tylko on był szczery od samego początku, wstałam i ruszyłam do pokoju w którym leżał. Kiedy weszłam do pokoju poczułam że nogi tracą swoją siłę. Oparłam się o ścianę i spoglądałam na niego. Przypomniało mi się że płomień nie tylko zabija, daje również życie. Podeszłam do Ben'a i położyłam rękę w miejscu serca, miałam nadzieję że rany pod moim dotykiem znikną. Po kilku minutach nadal się nie poruszył, usiadłam na krześle obok. Popatrzyłam na niego zdołowana
- Okazało się że tylko tobie mogę ufać. - wzruszyłam ramionami - Wybacz że cię zostawiłam. - jego ręka drgnęła - Ben?
- Cieszę się że jesteś. - wyszeptał, spojrzałam na jego twarz, uśmiechał się - Dobrze że nic ci nie jest.
- To ja powinnam ci to powiedzieć. - z moich oczu zaczęły się wydobywać łzy - Miałeś rację, mówiłeś że Jack się tylko mną bawi... Przepraszam że ci nie uwierzyłam.
- Nic się nie stało. - usiadł drapiąc się po głowie - Chociaż wolałbym byś teraz przez to nie cierpiała...
- To mówi facet który został przebity soplem lodu. - uśmiechnęłam się ocierając łzy - Powinieneś leżeć.
- Czuję się o wiele lepiej. - zaśmiał się - Opowiedz co się stało.
- Wiesz co spotkało moją matkę, prawda? - pokiwał twierdząco głową - Okazało się że to nie była jedyna ofiara James'a, rodzice Jack'a oraz rodzina Lucy też zostali przez niego zabici.
- Nie to musiało cię aż tak zaboleć. - zauważył
- Zabolało mnie to że wszyscy prócz mnie o tym wiedzieli, Jack, Lilly, Matt a Mick sam wydawał rozkazy. - spróbowałam się uśmiechnąć - Nikt z tym nic nie zrobił.
- Ben pewnie jeszcze się nie wybudził. - usłyszeliśmy za drzwiami głos Mick'a - Ale musimy zmienić jego opatrunek. - wszedł do środka razem z Minnie - Alice?
- Alice! - podbiegła i się do mnie przytuliła - Pokłóciłaś się z Jack'iem? - spojrzała na Ben'a - Tato on nie śpi!
- Powiedz mi Ben, czy Minnie coś o tym wie? - Minnie zaczęła rozmawiać z Ben'em a ja podeszłam do Mick'a - Czy wie tak dla przykładu, że chcesz zabić własną siostrę?
- Skąd o tym wiesz? - spojrzał na mnie poważny - Nikt o tym nie wiedział prócz...
- Pierwszego pokolenia? - uśmiechnęłam się wrednie - Zwołaj naradę, tak żeby wszyscy byli, Iris i Mark również.
- Co chcesz zrobić? - dopytał niepewny
- Zobaczysz. - wróciłam do Minnie i Ben'a - I jak jego rany?
- Nie ma ich. - Ben się odwrócił a na jego plecach nie było śladu po ranach - To dziwne, przynajmniej jakiś ślad przynajmniej powinien zostać.
- Po prostu mam świetne pielęgniarki. - zaśmiał się Ben i mocno przytulił Minnie - A czy możecie mnie i Alice zostawić jeszcze samych?
- Ta, postaram się w tym czasie spełnić jej prośbę. - Mick zabrał Minnie na ręce i wyszli z pokoju
- O co chodzi? - usiadłam z powrotem na krześle
- Najbardziej boli cię to że Jack nic nie zrobił, prawda?
- Aż tak to widać? - uśmiechnęłam się
- Weź o nim teraz zapomnij. - potargał mi włosy
- Nie umiem.
- Dlaczego?
- Pamiętasz ile to jest dwa plus dwa? - spojrzałam na niego ze smutkiem w oczach
- No oczywiście że pamiętam. - prychnął
- To weź to zapomnij. - położyłam głowę na jego kolanach i zaczęłam płakać - Pozwolił mi uwierzyć w siebie. W to, że czasem warto walczyć o coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się nieosiągalne. Chwile zwątpienia i małe niepowodzenia tylko pobudzały do działania....
- Wiesz, może nigdy nie byłam z nim zaprzyjaźniony ale... - westchnął - Kiedy wrócił do zamku po twoim zniknięciu chciał cię od razu szukać. Według mnie jemu naprawdę na tobie zależy i dlatego nie mówił ci tego do tej pory. Bywa tak że życie układa nam inny scenariusz niż byśmy chcieli, ale na końcu zawsze spotka nas happy end.
- Naprawdę tak myślisz? - przestałam płakać i spojrzałam na niego - Naprawdę czeka mnie happy end?
- Każdego czeka. - uśmiechnął się - Nie masz co narzekać, masz cel i musisz do niego dążyć. Pamiętaj że ja zawsze będę po twojej stronie.
- Dziękuję ci. - przytuliłam go mocno - Uwierz mi, to co ja zrobię będzie nazywane wielką rewolucją.
poniedziałek, 12 maja 2014
Rozdział trzydziesty pierwszy "Historia"
Wróciliśmy do zamku gdy zrobiło się już ciemno i wróciliśmy do swoich pokoi. Zamknęłam drzwi i stanęłam przed lustrem, odkryłam prawe ramie i przejechałam po znamieniu. W lustrze pojawił się Evi. Uśmiechnęłam się, zrobił to samo ale po chwili z powagą na twarzy spojrzał za mnie. Odwróciłam się i ujrzałam Mick'iego
- Czego tu szukasz? - warknęłam krzyżując ręce na klatce piersiowej - Szpiegujesz mnie?
- Coś czułem że do tego doszło... - wszedł do środka zamykając za sobą drzwi - Kto jeszcze o nim wie?
- Zadałam ci już pytanie. - nie odpuszczałam
- ... - westchnął - Tak, obserwowałem cię. Myślisz że zostawiłbym kogoś kto kontroluje żywioły? Musicie być pod moją ochroną.
- Czy ja się przesłyszałam? - otworzyłam szeroko oczy - Czy tobie się wydaje że bez ciebie jesteśmy bezbronni?!
- Wy nie wiecie co wam grozi, wasza moc jest niebezpieczna. - podszedł bliżej mnie, zadzwonił jego telefon. Odebrał. - Tak? Zrobiłeś to? To oczywiste że płacze, mam nadzieję że zrobiłeś to tak by cię nie podejrzewała?
- Z kim rozmawiasz? - podeszłam do niego i wyrwałam mu telefon z ręki - James?
- Oddaj to. - rozkazał wyciągając do mnie rękę, jego oczy były straszne
- James co ty robisz?! Powinieneś być z Lucy! - wrzasnęłam do telefonu, osłaniając się ogniem przed Mick'iem - Co się dzieje!
- Alice? - chwila ciszy - Oddaj telefon Mick'owi, proszę.
- Najpierw powiedz co zrobiłeś! - rozkazałam przerażona
- Nic takiego... - usłyszałam łkanie - ...Wybacz muszę się zająć Lucy. - rozłączył się
- Gdzie oni byli? - spojrzałam na Mick'a
- Nad morzem... - mruknął zrezygnowany - Lepiej weź ten ogień, zrobisz komuś krzywdę.
- Lucy płakała... Nad morzem? - otworzyłam szeroko oczy - Nie, nie mogłeś...
- Alice weź ten ogień. - powtórzył cierpliwie
- Czy zabicie mojej matki też było twoim planem? - przypomniałam sobie o śmierci rodziców Jack'a - Jego rodziców też? To w ten sposób nas chronisz?
- Nie rozumiesz. - podszedł najbliżej ognia - Oni was nie rozumieli.
- To ty nas nie rozumiesz, kiedy nasze rodziny giną tracimy panowanie! Prawie spaliłam James'a! - przypomniałam sobie jak mój ojciec patrzył na mnie wśród płomieni - Może moja matka nie rozumiała mojego daru, kazała mi powstrzymywać moje emocje ale tylko po to byśmy miały spokojne życie! Unikała mnie bym nie widziała jej przerażenia w oczach! - przed oczami stanął mi Ben - Jack nawet po stracie kontroli nie umie używać lodu, jak wyjaśnisz mi sytuację Ben'a?
- Co się tu dzieje? - do pokoju weszła zmęczona Minnie - Strasznie głośno tutaj i nie mogę spać.
- Spokojnie skarbie, musieliśmy sobie tylko wyjaśnić parę rzeczy. - Mick podszedł do Minnie i mocno ją przytulił - Idź już spać, wszystko będzie dobrze.
- Powiedz tylko czy zawsze wysługiwałeś się James'em? - spojrzałam na nich smutna
- Zawsze. - wyszedł razem z Minnie
Wyrzuciłam spalony telefon do śmietnika, usiadłam na ziemi i oparłam głowę o ręce. Czyli to wszystko było planem Mick'a, James był tylko wykonawcą. Spojrzałam na lustro
- Evi wytłumacz mi to wszystko... - poprosiłam zmęczona
Kiwnął uśmiechnięty głową. Zamknęłam oczy przez światło które zaczęło się wydobywać z lustra. Gdy znowu je otworzyłam przed moimi oczami rozpościerała się zielona dolina ze stawem na środku. Wokół niego chodzili ludzie, tylko czterech. Spojrzałam zdziwiona na Evi'ego który stał obok mnie, uśmiechnięty pokazywał że mam być cicho. Podeszliśmy bliżej i dostrzegłam podobieństwo między Evi'm a mężczyzną siedzącym przy ogniu
- Ciekawe co tam u reszty... - stwierdził patrząc w niebo, wyglądał identycznie jak Evi - Co myślisz Mick?
- Mick? - zaciekawiona spojrzałam na drugiego mężczyznę, to był Mick!
- Iris dobrze się nimi zajmie. - odpowiedział szturchając ognisko - Co powiesz na osłodzenie sobie czasu? Konkurs strzelecki?
- Nie chce zabijać zwierząt które tu są. - czerwonowłosy zamknął oczy - Ty lepiej też tego nie rób.
- Oczywiście. - wykrzywił twarz, widać było że go nie lubi.
Obok Mick'a usiadła blond włosa dziewczyna, Evi widząc ją natychmiast schował się za kamieniami. Widocznie miał z nią wspomnienia o których chce zapomnieć...
- A ty zastrzelisz? - Mick uśmiechnął się wrednie do dziewczyny - Bądź lepsza od Vincent'a, Julie.
- Ten pajac nie postrzelił żadnego ptaka? - prychnęła i wyciągnęła rękę w stronę nieba, po chwili na niebie pojawił się biały łabędź. Z ręki Julie wystrzeliło kilka pocisków w jego stronę, wszystkie trafiły i łabędź spadł na ziemię. - Łatwa zdobycz.
- Evi? - miał zasłoniętą twarz i trząsł się z przerażenia - Co ona ci zrobiła że tak się jej boisz?
- Idiotko! - Vincent pobiegł do zranionego łabędzia - Powinniśmy żyć z nimi w zgodzie! A nie zabijać!
Nie ma już rady... - spalił ciało łabędzia na popiół - Może tym razem mi się uda?
- Znowu chcesz jakieś nowe zwierze stworzyć? - podeszła do niego znudzona Julie - Nie uda ci się to, ogień tylko zabija.
- Mylisz się. - popiół zaczął się ruszać - On daje też życie. - Z popiołów powstał feniks a Evi z powrotem patrzył na całą scenę - Jeśli ciało jakiegoś stworzenia nie jest ciepłe, można je uznać za martwe.
- Tak, tak, tak, skończyłeś? - Julie w odwrotności do mnie nie wydała się ani trochę zainteresowana słowami Vincent'a - Jeśli tak pozwól że sobie pójdę.
- Julie musimy porozmawiać. - odezwał się Mick i zabrał dziewczynę bliżej mnie i Evi'ego - On ani reszta z tej ekipy nie wie że zabiłaś Johna, wiesz że będziesz musiała z tym coś zrobić?
- Oczywiście że wiem, zaatakuję go razem z Matt'em. Wtedy będziemy mieć większe szanse. - Julie oparła się o kamień za którym stałam - A ty pamiętasz że z Iris też będziemy musieli się rozprawić?
- Pewnie, ale póki co zabijcie Vincent'a. - rozkazał pewny siebie Mick
Oni odeszli a ja opadłam na ziemię. Więc Mick naprawdę coś knuje, będę musiała go powstrzymać. Spojrzałam na Evi'ego który przyglądał się Vincent'owi, więc taki był jego poprzedni właściciel. Będę musiała się postarać by być choć trochę jak on. Evi spojrzał na mnie i znowu oślepiające światło, zniknęło gdy znowu byłam w pokoju. Leżałam na podłodze a znamie na moim ramieniu miało jasno czerwony kolor, po chwili ten kolor zblaknął i stał się zwykłym czarnym. Spojrzałam na zegarek, była 10 rano, wybiegłam z pokoju i pobiegłam do Jack'a. Gdy weszłam on jeszcze spał, usiadłam obok niego. Zaczęłam się zastanawiać co planuje Mick, przecież przez ostatnie dwa lata pomagał mi opanować moc a teraz... Czyżby planował powtórzyć to co zrobił na samym początku? Ale tym razem pozbyć się nas na zawsze? Moje rozmyślanie przerwał zimny dotyk na moim policzku
- Nie mogę spać gdy masz taką smutną minę. - Jack patrzył na mnie zmartwiony, chwyciłam jego dłoń - Powiedz mi co się dzieje.
- Gdybym tylko sama dokładnie wiedziała... - spróbowałam udawać uśmiech, niestety po jego powadze czuję że mi nie wyszło - Mam złe przeczucia jeśli chodzi o Mick'a. Wczoraj wieczorem gdy się rozdzieliliśmy odkryłam coś czego bym nie chciała odkryć.
- Opowiadaj. - usiadł naprzeciw mnie i patrzył mi prosto w oczy
- Prawdopodobnie Mick wysługuje się James'em by zabić wszystkich normalnych ludzi którzy są wokół nas. - wzięłam głęboki wdech - Wczoraj usłyszałam jak rozmawiał z James'em, wszystko wyglądało tak jakby rodzice Lucy zostali zabici, nad morzem. W dodatku wczoraj gdy ponoć straciłeś kontrolę, był wszędzie lód.
- A ja go nie umiem stworzyć... - wyszeptał powoli wszystko rozumiejąc
- A z twoimi rodzicami? - przypomniałam mu - Oni też byli nad jeziorem, też zostali zabici przez wodę. Kto później dziwnym trafem razem z tobą trenował? A z moją matką wiesz jak było. Wszędzie są ślady James'a!
- Czego tu szukasz? - warknęłam krzyżując ręce na klatce piersiowej - Szpiegujesz mnie?
- Coś czułem że do tego doszło... - wszedł do środka zamykając za sobą drzwi - Kto jeszcze o nim wie?
- Zadałam ci już pytanie. - nie odpuszczałam
- ... - westchnął - Tak, obserwowałem cię. Myślisz że zostawiłbym kogoś kto kontroluje żywioły? Musicie być pod moją ochroną.
- Czy ja się przesłyszałam? - otworzyłam szeroko oczy - Czy tobie się wydaje że bez ciebie jesteśmy bezbronni?!
- Wy nie wiecie co wam grozi, wasza moc jest niebezpieczna. - podszedł bliżej mnie, zadzwonił jego telefon. Odebrał. - Tak? Zrobiłeś to? To oczywiste że płacze, mam nadzieję że zrobiłeś to tak by cię nie podejrzewała?
- Z kim rozmawiasz? - podeszłam do niego i wyrwałam mu telefon z ręki - James?
- Oddaj to. - rozkazał wyciągając do mnie rękę, jego oczy były straszne
- James co ty robisz?! Powinieneś być z Lucy! - wrzasnęłam do telefonu, osłaniając się ogniem przed Mick'iem - Co się dzieje!
- Alice? - chwila ciszy - Oddaj telefon Mick'owi, proszę.
- Najpierw powiedz co zrobiłeś! - rozkazałam przerażona
- Nic takiego... - usłyszałam łkanie - ...Wybacz muszę się zająć Lucy. - rozłączył się
- Gdzie oni byli? - spojrzałam na Mick'a
- Nad morzem... - mruknął zrezygnowany - Lepiej weź ten ogień, zrobisz komuś krzywdę.
- Lucy płakała... Nad morzem? - otworzyłam szeroko oczy - Nie, nie mogłeś...
- Alice weź ten ogień. - powtórzył cierpliwie
- Czy zabicie mojej matki też było twoim planem? - przypomniałam sobie o śmierci rodziców Jack'a - Jego rodziców też? To w ten sposób nas chronisz?
- Nie rozumiesz. - podszedł najbliżej ognia - Oni was nie rozumieli.
- To ty nas nie rozumiesz, kiedy nasze rodziny giną tracimy panowanie! Prawie spaliłam James'a! - przypomniałam sobie jak mój ojciec patrzył na mnie wśród płomieni - Może moja matka nie rozumiała mojego daru, kazała mi powstrzymywać moje emocje ale tylko po to byśmy miały spokojne życie! Unikała mnie bym nie widziała jej przerażenia w oczach! - przed oczami stanął mi Ben - Jack nawet po stracie kontroli nie umie używać lodu, jak wyjaśnisz mi sytuację Ben'a?
- Co się tu dzieje? - do pokoju weszła zmęczona Minnie - Strasznie głośno tutaj i nie mogę spać.
- Spokojnie skarbie, musieliśmy sobie tylko wyjaśnić parę rzeczy. - Mick podszedł do Minnie i mocno ją przytulił - Idź już spać, wszystko będzie dobrze.
- Powiedz tylko czy zawsze wysługiwałeś się James'em? - spojrzałam na nich smutna
- Zawsze. - wyszedł razem z Minnie
Wyrzuciłam spalony telefon do śmietnika, usiadłam na ziemi i oparłam głowę o ręce. Czyli to wszystko było planem Mick'a, James był tylko wykonawcą. Spojrzałam na lustro
- Evi wytłumacz mi to wszystko... - poprosiłam zmęczona
Kiwnął uśmiechnięty głową. Zamknęłam oczy przez światło które zaczęło się wydobywać z lustra. Gdy znowu je otworzyłam przed moimi oczami rozpościerała się zielona dolina ze stawem na środku. Wokół niego chodzili ludzie, tylko czterech. Spojrzałam zdziwiona na Evi'ego który stał obok mnie, uśmiechnięty pokazywał że mam być cicho. Podeszliśmy bliżej i dostrzegłam podobieństwo między Evi'm a mężczyzną siedzącym przy ogniu
- Ciekawe co tam u reszty... - stwierdził patrząc w niebo, wyglądał identycznie jak Evi - Co myślisz Mick?
- Mick? - zaciekawiona spojrzałam na drugiego mężczyznę, to był Mick!
- Iris dobrze się nimi zajmie. - odpowiedział szturchając ognisko - Co powiesz na osłodzenie sobie czasu? Konkurs strzelecki?
- Nie chce zabijać zwierząt które tu są. - czerwonowłosy zamknął oczy - Ty lepiej też tego nie rób.
- Oczywiście. - wykrzywił twarz, widać było że go nie lubi.
Obok Mick'a usiadła blond włosa dziewczyna, Evi widząc ją natychmiast schował się za kamieniami. Widocznie miał z nią wspomnienia o których chce zapomnieć...
- A ty zastrzelisz? - Mick uśmiechnął się wrednie do dziewczyny - Bądź lepsza od Vincent'a, Julie.
- Ten pajac nie postrzelił żadnego ptaka? - prychnęła i wyciągnęła rękę w stronę nieba, po chwili na niebie pojawił się biały łabędź. Z ręki Julie wystrzeliło kilka pocisków w jego stronę, wszystkie trafiły i łabędź spadł na ziemię. - Łatwa zdobycz.
- Evi? - miał zasłoniętą twarz i trząsł się z przerażenia - Co ona ci zrobiła że tak się jej boisz?
- Idiotko! - Vincent pobiegł do zranionego łabędzia - Powinniśmy żyć z nimi w zgodzie! A nie zabijać!
Nie ma już rady... - spalił ciało łabędzia na popiół - Może tym razem mi się uda?
- Znowu chcesz jakieś nowe zwierze stworzyć? - podeszła do niego znudzona Julie - Nie uda ci się to, ogień tylko zabija.
- Mylisz się. - popiół zaczął się ruszać - On daje też życie. - Z popiołów powstał feniks a Evi z powrotem patrzył na całą scenę - Jeśli ciało jakiegoś stworzenia nie jest ciepłe, można je uznać za martwe.
- Tak, tak, tak, skończyłeś? - Julie w odwrotności do mnie nie wydała się ani trochę zainteresowana słowami Vincent'a - Jeśli tak pozwól że sobie pójdę.
- Julie musimy porozmawiać. - odezwał się Mick i zabrał dziewczynę bliżej mnie i Evi'ego - On ani reszta z tej ekipy nie wie że zabiłaś Johna, wiesz że będziesz musiała z tym coś zrobić?
- Oczywiście że wiem, zaatakuję go razem z Matt'em. Wtedy będziemy mieć większe szanse. - Julie oparła się o kamień za którym stałam - A ty pamiętasz że z Iris też będziemy musieli się rozprawić?
- Pewnie, ale póki co zabijcie Vincent'a. - rozkazał pewny siebie Mick
Oni odeszli a ja opadłam na ziemię. Więc Mick naprawdę coś knuje, będę musiała go powstrzymać. Spojrzałam na Evi'ego który przyglądał się Vincent'owi, więc taki był jego poprzedni właściciel. Będę musiała się postarać by być choć trochę jak on. Evi spojrzał na mnie i znowu oślepiające światło, zniknęło gdy znowu byłam w pokoju. Leżałam na podłodze a znamie na moim ramieniu miało jasno czerwony kolor, po chwili ten kolor zblaknął i stał się zwykłym czarnym. Spojrzałam na zegarek, była 10 rano, wybiegłam z pokoju i pobiegłam do Jack'a. Gdy weszłam on jeszcze spał, usiadłam obok niego. Zaczęłam się zastanawiać co planuje Mick, przecież przez ostatnie dwa lata pomagał mi opanować moc a teraz... Czyżby planował powtórzyć to co zrobił na samym początku? Ale tym razem pozbyć się nas na zawsze? Moje rozmyślanie przerwał zimny dotyk na moim policzku
- Nie mogę spać gdy masz taką smutną minę. - Jack patrzył na mnie zmartwiony, chwyciłam jego dłoń - Powiedz mi co się dzieje.
- Gdybym tylko sama dokładnie wiedziała... - spróbowałam udawać uśmiech, niestety po jego powadze czuję że mi nie wyszło - Mam złe przeczucia jeśli chodzi o Mick'a. Wczoraj wieczorem gdy się rozdzieliliśmy odkryłam coś czego bym nie chciała odkryć.
- Opowiadaj. - usiadł naprzeciw mnie i patrzył mi prosto w oczy
- Prawdopodobnie Mick wysługuje się James'em by zabić wszystkich normalnych ludzi którzy są wokół nas. - wzięłam głęboki wdech - Wczoraj usłyszałam jak rozmawiał z James'em, wszystko wyglądało tak jakby rodzice Lucy zostali zabici, nad morzem. W dodatku wczoraj gdy ponoć straciłeś kontrolę, był wszędzie lód.
- A ja go nie umiem stworzyć... - wyszeptał powoli wszystko rozumiejąc
- A z twoimi rodzicami? - przypomniałam mu - Oni też byli nad jeziorem, też zostali zabici przez wodę. Kto później dziwnym trafem razem z tobą trenował? A z moją matką wiesz jak było. Wszędzie są ślady James'a!
niedziela, 27 kwietnia 2014
Rozdział trzydziesty "Własność"
Wyszłam na korytarz, po czym rozejrzałam się ale nikogo już nie było. Spojrzałam na prawe ramie i mocno ścisnęłam pięść. Ruszyłam do salonu w którym napotkałam Mick'a i kilku robotników. Wszyscy byli zajęci naprawiania tego co Jack zniszczył, podeszłam do niego
- Musisz mi coś wyjaśnić. - rozkazałam poważna - Czy ktoś prócz mnie miał kiedyś Evi'ego?
- Tylko jedna osoba... - spojrzał na mnie zainteresowany - Czemu cię to tak nagle zainteresowało, droga Alice?
- Chyba mam prawo by się o to pytać. - warknęłam zdołowana - A jaka ona była?
- Był najlepszym do tej pory który panował nad ogniem. Był pierwszym. - uśmiechnął się jakby wspominał dawnego przyjaciela - Stworzył Evi'ego i wychował. W pewnym momencie, podczas walki on miał zginąć ale Evi zmienił go w popiół. Powstał po kilku dniach. - otworzył szeroko oczy a jego uśmiech zniknął, spojrzał na mnie poważny - Pokaż prawą rękę.
- Nie! - odsunęłam się od niego chowając dłoń za plecami - Nic tam nie ma!
- Ej Mick! Zostaw panienkę. - poprosił jeden z pracowników - Miło mi jestem Marco, ten na drabinie to mój syn Jude a ten łysy to Pascal. Również wyznajesz tą religię?
- Ja chyba nie muszę jej wyznawać. - uśmiechnęłam się
- Hm? - popatrzyli na mnie zdziwieni - Ale tutaj mogą przebywać tylko wyznawcy... Co nie Mick?
- Tak jak już Alice powiedziała, ona nie musi jej wyznawać. - dodał załamany Mick - Pierwszy raz na to pozwalam. To wasz Bóg.
- Taka piękność? - zdziwił się Pascal a Jude spadł z drabiny, poczułam jak moje policzki robią się gorące - Dlaczego ją przed nami ukrywałeś?
- Pascal uważaj! Zawstydziłeś ją! - Marco objął mnie ramieniem - Nie wstydź się, pierwszy raz mamy styczność z jednym z naszych Bogów. Mick nigdy nie chciał was przedstawić.
- Bo wiedziałem jak zareagujecie. - prychnął odstawiając drabinę
- Hej, co tu się dzieje? - w drzwiach stanął Jack z Mary
- Kolejni... - Mick wyglądał na zdołowanego - Jeśli nie macie co robić to naprawcie to... - wskazał na rozwaloną ścianę - Wtedy na coś się przydacie.
- A wy to...? - rzucił do nich Pascal - Wyznawcy?
- Nie. - Jack lustrował mnie wzrokiem, po czym skończył na Marco - Jesteśmy waszymi Bogami.
- Jesteście rodzeństwem? - Jude popatrzył na nich zdziwiony - A to jest twoja dziewczyna?
- Od razu dziewczyna... - spuściłam zawstydzona na podłogę. W sumie nigdy nie usłyszałam by Jack mnie tak nazwał. - Jesteśmy tylko...
- Tak, to moja dziewczyna, coś nie pasuje? - chwycił moją rękę i przyciągnął do siebie
- Jack... - spojrzałam na niego, wyglądał na wkurzonego a ja na prawdę nie mogłam tego przegapić - Jesteś zazdrosny?
- Co? - spojrzał na mnie i zrobił się cały czerwony na twarzy
- Jesteś zazdrosny! - zaśmiałam się triumfalnie
- Mimo że pierwszy raz was widzimy, lepiej idźcie gdzie indziej. - rzucił uśmiechnięty Marco - Młodzieńcza miłość musi się wyszumieć.
- Byle tylko nie za mocno... - dokończył Mick - Wiesz jak to się może skończyć Ja.... - Pascal klepnął go mocno w plecy
- No już staruszku! Spuść ich trochę ze smyczy! - Pascal zaśmiał się dalej klepiąc go w plecy
- Chodź, muszę ci coś pokazać. - pociągnęłam go za rękę na dwór
Zatrzymaliśmy się dopiero przy jeziorze w lesie. Usiedliśmy na brzegu i patrzyliśmy na błękitną taflę wody, oparłam głowę na jego ramieniu
- Chciałaś pokazać mi miejsce w którym wyszedłem na idiotę, ponieważ nie umiałem obronić swojej dziewczyny? - spojrzał zamyślony w niebo
- Nie, chodziło mi o to... - podciągnęłam rękaw prawej ręki - To Evi... - przejechałam palcami po wzorze - Ponoć pierwszy też to miał, a raczej tak wnioskuję z reakcji Mick'a...
- Mówiłaś mu o tym? - popatrzył na mnie poważny
- Nie tak wprost, tylko pytałam o Evi'ego. - uśmiechnęłam się - Wolałam byś tylko ty o tym wiedział. Skoro jestem twoją dziewczyną... - spojrzałam na jego zaczerwienioną twarz - Pierwszy raz to ty jesteś zazdrosny...
- A ty niby byłaś? - spojrzał na mnie zdziwiony - Niech ktoś zapisze!
- Wtedy gdy spotkaliśmy się w sklepie... Byłam zazdrosna o te dziewczyny co były z tobą... - zaczerwieniłam się i odwróciłam niepewna wzrok - Tym bardziej że tak się do ciebie kleiły...
- One nie miały sprawić byś była zazdrosna... - westchnął i oparł się na łokciach - Stworzyłem je by nie być samym.
- Stworzyłeś? - otworzyłam szeroko oczy - Jak?
- Normalnie... - włożył rękę do wody - Możesz te stworzenia nazywać syrenami, jeśli ci wygodnie. Według mnie to tylko puste powłoki... - wyciągnął rękę a z wody wyjrzała ta sama kobieta, która była z nim w sklepie - O nią byłaś zazdrosna?
- Ty naprawdę to umiesz... - zasłoniłam ręką usta - To... To żyje?!
- Żeby nie było, Dr. Frankenstein'em nie jestem! - zaśmiał się a dziewczyna zanurzyła się pod wodę - Nic poważnego nie było.
- Czyli tęskniłeś wtedy za mną? - przytuliłam się do niego
- Już nie muszę. - objął mnie i pocałował w czoło - Teraz jesteś przy mnie. I należysz tylko do mnie, jasne?
- Naprawdę lubię gdy jesteś zazdrosny. - zaśmiałam się - Idioto, należę do ciebie od dawna.
- Musisz mi coś wyjaśnić. - rozkazałam poważna - Czy ktoś prócz mnie miał kiedyś Evi'ego?
- Tylko jedna osoba... - spojrzał na mnie zainteresowany - Czemu cię to tak nagle zainteresowało, droga Alice?
- Chyba mam prawo by się o to pytać. - warknęłam zdołowana - A jaka ona była?
- Był najlepszym do tej pory który panował nad ogniem. Był pierwszym. - uśmiechnął się jakby wspominał dawnego przyjaciela - Stworzył Evi'ego i wychował. W pewnym momencie, podczas walki on miał zginąć ale Evi zmienił go w popiół. Powstał po kilku dniach. - otworzył szeroko oczy a jego uśmiech zniknął, spojrzał na mnie poważny - Pokaż prawą rękę.
- Nie! - odsunęłam się od niego chowając dłoń za plecami - Nic tam nie ma!
- Ej Mick! Zostaw panienkę. - poprosił jeden z pracowników - Miło mi jestem Marco, ten na drabinie to mój syn Jude a ten łysy to Pascal. Również wyznajesz tą religię?
- Ja chyba nie muszę jej wyznawać. - uśmiechnęłam się
- Hm? - popatrzyli na mnie zdziwieni - Ale tutaj mogą przebywać tylko wyznawcy... Co nie Mick?
- Tak jak już Alice powiedziała, ona nie musi jej wyznawać. - dodał załamany Mick - Pierwszy raz na to pozwalam. To wasz Bóg.
- Taka piękność? - zdziwił się Pascal a Jude spadł z drabiny, poczułam jak moje policzki robią się gorące - Dlaczego ją przed nami ukrywałeś?
- Pascal uważaj! Zawstydziłeś ją! - Marco objął mnie ramieniem - Nie wstydź się, pierwszy raz mamy styczność z jednym z naszych Bogów. Mick nigdy nie chciał was przedstawić.
- Bo wiedziałem jak zareagujecie. - prychnął odstawiając drabinę
- Hej, co tu się dzieje? - w drzwiach stanął Jack z Mary
- Kolejni... - Mick wyglądał na zdołowanego - Jeśli nie macie co robić to naprawcie to... - wskazał na rozwaloną ścianę - Wtedy na coś się przydacie.
- A wy to...? - rzucił do nich Pascal - Wyznawcy?
- Nie. - Jack lustrował mnie wzrokiem, po czym skończył na Marco - Jesteśmy waszymi Bogami.
- Jesteście rodzeństwem? - Jude popatrzył na nich zdziwiony - A to jest twoja dziewczyna?
- Od razu dziewczyna... - spuściłam zawstydzona na podłogę. W sumie nigdy nie usłyszałam by Jack mnie tak nazwał. - Jesteśmy tylko...
- Tak, to moja dziewczyna, coś nie pasuje? - chwycił moją rękę i przyciągnął do siebie
- Jack... - spojrzałam na niego, wyglądał na wkurzonego a ja na prawdę nie mogłam tego przegapić - Jesteś zazdrosny?
- Co? - spojrzał na mnie i zrobił się cały czerwony na twarzy
- Jesteś zazdrosny! - zaśmiałam się triumfalnie
- Mimo że pierwszy raz was widzimy, lepiej idźcie gdzie indziej. - rzucił uśmiechnięty Marco - Młodzieńcza miłość musi się wyszumieć.
- Byle tylko nie za mocno... - dokończył Mick - Wiesz jak to się może skończyć Ja.... - Pascal klepnął go mocno w plecy
- No już staruszku! Spuść ich trochę ze smyczy! - Pascal zaśmiał się dalej klepiąc go w plecy
- Chodź, muszę ci coś pokazać. - pociągnęłam go za rękę na dwór
Zatrzymaliśmy się dopiero przy jeziorze w lesie. Usiedliśmy na brzegu i patrzyliśmy na błękitną taflę wody, oparłam głowę na jego ramieniu
- Chciałaś pokazać mi miejsce w którym wyszedłem na idiotę, ponieważ nie umiałem obronić swojej dziewczyny? - spojrzał zamyślony w niebo
- Nie, chodziło mi o to... - podciągnęłam rękaw prawej ręki - To Evi... - przejechałam palcami po wzorze - Ponoć pierwszy też to miał, a raczej tak wnioskuję z reakcji Mick'a...
- Mówiłaś mu o tym? - popatrzył na mnie poważny
- Nie tak wprost, tylko pytałam o Evi'ego. - uśmiechnęłam się - Wolałam byś tylko ty o tym wiedział. Skoro jestem twoją dziewczyną... - spojrzałam na jego zaczerwienioną twarz - Pierwszy raz to ty jesteś zazdrosny...
- A ty niby byłaś? - spojrzał na mnie zdziwiony - Niech ktoś zapisze!
- Wtedy gdy spotkaliśmy się w sklepie... Byłam zazdrosna o te dziewczyny co były z tobą... - zaczerwieniłam się i odwróciłam niepewna wzrok - Tym bardziej że tak się do ciebie kleiły...
- One nie miały sprawić byś była zazdrosna... - westchnął i oparł się na łokciach - Stworzyłem je by nie być samym.
- Stworzyłeś? - otworzyłam szeroko oczy - Jak?
- Normalnie... - włożył rękę do wody - Możesz te stworzenia nazywać syrenami, jeśli ci wygodnie. Według mnie to tylko puste powłoki... - wyciągnął rękę a z wody wyjrzała ta sama kobieta, która była z nim w sklepie - O nią byłaś zazdrosna?
- Ty naprawdę to umiesz... - zasłoniłam ręką usta - To... To żyje?!
- Żeby nie było, Dr. Frankenstein'em nie jestem! - zaśmiał się a dziewczyna zanurzyła się pod wodę - Nic poważnego nie było.
- Czyli tęskniłeś wtedy za mną? - przytuliłam się do niego
- Już nie muszę. - objął mnie i pocałował w czoło - Teraz jesteś przy mnie. I należysz tylko do mnie, jasne?
- Naprawdę lubię gdy jesteś zazdrosny. - zaśmiałam się - Idioto, należę do ciebie od dawna.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Rozdział dwudziesty dziewiąty "Rodzeństwo"
- Jak to? - Mary patrzyła na nas z zaskoczeniem w oczach, wiedziałam że powinniśmy jej powiedzieć ale to zależy od decyzji Jack'a - Już trzeci raz słyszę od was że jestem jego siostrą, chyba zasługuję na wyjaśnienia?
- Zasługujesz, tylko czy najpierw możemy uspokoić Jack'a? - poprosiłam widząc załamanie na twarzy Jack'a - Jeśli się lepiej poczuje, wszystko ci wyjaśnimy. Zgoda?
- Dobrze, gdy tylko zacznie nad sobą panować wszystko mi powie. - odeszła od nas zdenerwowana
- Póki co ją mamy z głowy, jak się uda to do jej wyjazdu niczego się nie dowie. - stwierdził spokojniejszy Mick i położył rękę na ramieniu Jack'a - Epoka lodowcowa minęła?
- Nie wiem... - ścisnął mocniej moją dłoń - ...Naprawdę ja to zrobiłem?
- Tak, musisz nad sobą zapanować. - uśmiechnęłam się - Pamiętasz jak mi to kiedyś powiedziałeś?
- Pewnie. - również się uśmiechnął - Wiem że muszę to zrobić z jednego powodu, mogę cię stracić.
- Nie martw... - przytulił mnie do siebie - Jack?
- Jeżeli cię stracę - zamilkł na moment po czym spojrzał mi w oczy - stracę wszystko.
Wszyscy zamilkli i czekali na moją odpowiedź, byłam tak zaskoczona że nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Po chwili Mick nas od siebie odsunął
- Wiesz czym to grozi, prawda? - Mick spojrzał zdenerwowany na Jack'a - Znam cię, wiem że długo nie wytrzymasz.
- Nie pozwolę by coś jej się stało. - objął mnie ramieniem, wychodząc natknęliśmy się na Mary - Przyjdź do mnie, wszystko ci wyjaśnię.
- Nareszcie. - uśmiechnęła się i ruszyła za nami do pokoju Jack'a
- Jack, o co chodziło Mick'owi? - spytałam niepewna
- Nie ważne... - pocałował mnie w czoło i weszliśmy do jego pokoju - Siadaj gdzie chcesz. - usiadł na fotelu i pociągnął mnie za rękę między swoje kolana na ziemię - Ty tu.
- Myślisz że będę grzecznym pieskiem? - prychnęłam patrząc na niego, pocałował mnie w usta i mocno przytulił - Wygrałeś...
- Dobra powiesz mi w końcu prawdę? - przypomniała Mary - Chcę wiedzieć kim dla mnie jesteś.
- Jestem twoim bratem. - odpowiedział krótko - Kiedy byłaś mała, pojechaliśmy z rodzicami nad morze. Byłem przekonany że zginęłaś w momencie gdy zostałaś wessana przez wir wodny... - oparł głowę o ręce - Na szczęście twój żywioł cię uratował. Tylko że straciłaś pamięć.
- Ale dlaczego nikt mi tego do teraz o tym nie powiedział? - po jej policzkach zaczęły spływać łzy - Dlaczego gdy się o mnie dowiedziałeś, nie skontaktowałeś się?
- Nie mógł. - szepnęłam smutna - W niektórych przypadkach, kiedy pacjent chory na amnezje dowie się takich rzeczy, może znowu stracić pamięć. Jack chciał wybrać dla ciebie najlepsze wyjście.
- Czy to prawda? - patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami
- Tak... - wymamrotał, jego oczy zaczęły się szklić - Bałem się że znowu stracę moją kochaną młodszą siostrzyczkę.
- Nie stracisz mnie już, nigdy. - Mary przytuliła Jack'a przeszłam pod nimi i postanowiłam im nie przeszkadzać.
Wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Udałam się do swojego pokoju. Po zamknięciu drzwi poczułam jak przy nadgarstku zaczyna mnie mocno piec. Podciągnęłam rękaw i ujrzałam jak po skórze przebiega mi mały płomyk, tworząc dziwne znamię na całym ramieniu. Ból pochodzący z oparzenia był tak mocny że opadłam na kolana. Płomyk zniknął po dojściu do ramienia, tak samo ból. Podeszłam do lustra i przyjrzałam się wzorowi, wychodził z niego płomień zakreślony czerwoną linią. Po chwili coś w lustrze się zmieniło. Nie było tam mojego odbicia, był tam czerwonowłosy chłopak. Na ramieniu również miał ten wzór ale nie wyglądał na zaniepokojonego, wręcz przeciwnie. Uśmiechał się w moją stronę z ciepłem w czerwonych oczach. Odsunęłam się przerażona od lustra na co on tylko się zmartwił. Wyciągnął dłoń i gestem ręki wskazał bym podeszła, niepewna pokręciłam głową. Zaśmiał się i dotknął lustra, mały płomyk zakreślił kształt ptaka otoczonego płomieniami, otworzyłam szeroko oczy
- Evi? - podeszłam niepewnie do lustra - Jak?
Nic nie mówiąc uśmiechnął się. Obraz zniknął a razem z nim Evi, teraz widziałam tam tylko swoje odbicie. Jedyne co nie znikło to znamię na moim ramieniu, dzięki niemu, nie wiem dlaczego ale mam wrażenie że Evi będzie mnie teraz chronił. Odwróciłam się plecami do lustra i zobaczyłam, że drzwi do pokoju były uchylone.
- Zasługujesz, tylko czy najpierw możemy uspokoić Jack'a? - poprosiłam widząc załamanie na twarzy Jack'a - Jeśli się lepiej poczuje, wszystko ci wyjaśnimy. Zgoda?
- Dobrze, gdy tylko zacznie nad sobą panować wszystko mi powie. - odeszła od nas zdenerwowana
- Póki co ją mamy z głowy, jak się uda to do jej wyjazdu niczego się nie dowie. - stwierdził spokojniejszy Mick i położył rękę na ramieniu Jack'a - Epoka lodowcowa minęła?
- Nie wiem... - ścisnął mocniej moją dłoń - ...Naprawdę ja to zrobiłem?
- Tak, musisz nad sobą zapanować. - uśmiechnęłam się - Pamiętasz jak mi to kiedyś powiedziałeś?
- Pewnie. - również się uśmiechnął - Wiem że muszę to zrobić z jednego powodu, mogę cię stracić.
- Nie martw... - przytulił mnie do siebie - Jack?
- Jeżeli cię stracę - zamilkł na moment po czym spojrzał mi w oczy - stracę wszystko.
Wszyscy zamilkli i czekali na moją odpowiedź, byłam tak zaskoczona że nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Po chwili Mick nas od siebie odsunął
- Wiesz czym to grozi, prawda? - Mick spojrzał zdenerwowany na Jack'a - Znam cię, wiem że długo nie wytrzymasz.
- Nie pozwolę by coś jej się stało. - objął mnie ramieniem, wychodząc natknęliśmy się na Mary - Przyjdź do mnie, wszystko ci wyjaśnię.
- Nareszcie. - uśmiechnęła się i ruszyła za nami do pokoju Jack'a
- Jack, o co chodziło Mick'owi? - spytałam niepewna
- Nie ważne... - pocałował mnie w czoło i weszliśmy do jego pokoju - Siadaj gdzie chcesz. - usiadł na fotelu i pociągnął mnie za rękę między swoje kolana na ziemię - Ty tu.
- Myślisz że będę grzecznym pieskiem? - prychnęłam patrząc na niego, pocałował mnie w usta i mocno przytulił - Wygrałeś...
- Dobra powiesz mi w końcu prawdę? - przypomniała Mary - Chcę wiedzieć kim dla mnie jesteś.
- Jestem twoim bratem. - odpowiedział krótko - Kiedy byłaś mała, pojechaliśmy z rodzicami nad morze. Byłem przekonany że zginęłaś w momencie gdy zostałaś wessana przez wir wodny... - oparł głowę o ręce - Na szczęście twój żywioł cię uratował. Tylko że straciłaś pamięć.
- Ale dlaczego nikt mi tego do teraz o tym nie powiedział? - po jej policzkach zaczęły spływać łzy - Dlaczego gdy się o mnie dowiedziałeś, nie skontaktowałeś się?
- Nie mógł. - szepnęłam smutna - W niektórych przypadkach, kiedy pacjent chory na amnezje dowie się takich rzeczy, może znowu stracić pamięć. Jack chciał wybrać dla ciebie najlepsze wyjście.
- Czy to prawda? - patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami
- Tak... - wymamrotał, jego oczy zaczęły się szklić - Bałem się że znowu stracę moją kochaną młodszą siostrzyczkę.
- Nie stracisz mnie już, nigdy. - Mary przytuliła Jack'a przeszłam pod nimi i postanowiłam im nie przeszkadzać.
Wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Udałam się do swojego pokoju. Po zamknięciu drzwi poczułam jak przy nadgarstku zaczyna mnie mocno piec. Podciągnęłam rękaw i ujrzałam jak po skórze przebiega mi mały płomyk, tworząc dziwne znamię na całym ramieniu. Ból pochodzący z oparzenia był tak mocny że opadłam na kolana. Płomyk zniknął po dojściu do ramienia, tak samo ból. Podeszłam do lustra i przyjrzałam się wzorowi, wychodził z niego płomień zakreślony czerwoną linią. Po chwili coś w lustrze się zmieniło. Nie było tam mojego odbicia, był tam czerwonowłosy chłopak. Na ramieniu również miał ten wzór ale nie wyglądał na zaniepokojonego, wręcz przeciwnie. Uśmiechał się w moją stronę z ciepłem w czerwonych oczach. Odsunęłam się przerażona od lustra na co on tylko się zmartwił. Wyciągnął dłoń i gestem ręki wskazał bym podeszła, niepewna pokręciłam głową. Zaśmiał się i dotknął lustra, mały płomyk zakreślił kształt ptaka otoczonego płomieniami, otworzyłam szeroko oczy
- Evi? - podeszłam niepewnie do lustra - Jak?
Nic nie mówiąc uśmiechnął się. Obraz zniknął a razem z nim Evi, teraz widziałam tam tylko swoje odbicie. Jedyne co nie znikło to znamię na moim ramieniu, dzięki niemu, nie wiem dlaczego ale mam wrażenie że Evi będzie mnie teraz chronił. Odwróciłam się plecami do lustra i zobaczyłam, że drzwi do pokoju były uchylone.
wtorek, 25 marca 2014
Rozdział dwudziesty ósmy "Ogień i lód"
Jack zamknął się w pokoju razem z prochami Alice, wszyscy zastanawiali się nad tym co się wydarzyło. Siedzieli w salonie przy kominku gdyż na dworze zaczął padać śnieg
- Jak myślicie to z samopoczucia Jack'a? - zmartwiona Lilly patrzyła na krajobraz za oknem - Mick, chyba nie powinieneś był mu dawać jej prochów.
- Wybacz mi ale musiałem. - Mick uśmiechnięty siedział na fotelu z zamyślonym wzrokiem - Jeśli coś ma się wydarzyć, to tylko przy nim.
- Skąd wiesz? - wtrącił się zirytowany Ben oparty o ścianę - To przez niego jest to co jest.
- Tego nie można było powstrzymać, według mnie Jack wiedział, że Alice przeżyje jeśli Evi się do niej zbliży. Właśnie! Mary! Rozmawiałem ze swoją siostrzyczką, powiedziała że kogoś po ciebie przyśle.
- Naprawdę? - szatynka siedząca przy kominku wpatrywała się w ognisko - A mówiła kiedy?
- Jeszcze przed gwiazdką. - uśmiechnął się - Nareszcie nie będę musiał wysyłać pocztą do niej prezentów. Chociaż jakieś plusy...
- Wracając do Alice, jesteś zbyt spokojny... Czego nam nie powiedziałeś? - spostrzegł Matt
- Dużo rzeczy wam nie powiedziałem, sami musicie zrozumieć swoje życie i moce. Ja mogę wam tylko dawać wskazówki. - brunet wstał i podszedł do drzwi - Myślicie że jakim byłbym nauczycielem jakbym robił za was wszystko i nie dawał wam się rozwinąć?
- Stary, naoglądałeś się za dużo filmów... - zaśmiał się James - Szczerze, mało mnie już obchodzi tamta dwójka. Spadam do Lucy.
- A gdzie ona właściwie jest? - odwrócił się do niego Mick - Znikła przed tymi wszystkimi wydarzeniami.
- Ona jeszcze ma rodzinę. - James podszedł do Mick'a i spojrzał mu w twarz - Jest z nimi strasznie zżyta, nadal nie wie że muszę ich... - blondyn rozejrzał się po pokoju i wyszedł
- Wszystko idzie w złym kierunku... - Mick podrapał się po głowie unikając oskarżających oczu - Jak wam się uda wyciągnąć Jack'a to dajcie znać.
- Czasami naprawdę się go boję... - mruknęła przerażona Lilly - ...Tym bardziej gdy coś przed nami ukrywa.
- Niestety, mam czasami wrażenie że jest totalnym idiotą, lecz w takich momentach dreszcze mnie przechodzą. - Matt otrząsnął się i spojrzał na Mary - Więc masz powietrze... Cieszę się że spotkałem swojego kompana. - uśmiechnął się - Jesteś siostrą Jack'a no nie?
- Co? - Lilly szybko uderzyła Matt'a w głowę - Jak już o tym mówisz, Alice powiedziała to samo...
- Wybacz on czasami plecie ploty jak stara baba. - warknęła Lilly i przytuliła Matt'a - Ale i tak go kocham. - pocałowała go w policzek - Tylko niestety... Nie będziemy mogli być razem...
- Dlaczego? - Mary odwróciła się do nich z zainteresowaniem
- Patrz, jeśli dla przykładu być chciała być z James'em, będziesz mieć jego dziecko. Wiadomo że zazwyczaj do tego prowadzi miłość. To wtedy całe twoje powietrze będzie dawało energię dla dziecka, a ty przez to zostaniesz utopiona przez wodę ze środka. - Matt położył sobie Lilly na kolanach i spojrzał jej w oczy - Mam nadzieję, że do tego czasu znajdziemy rozwiązanie.
- Też mam taką nadzieję... - Lilly namiętnie go pocałowała a Mary poczuła się jak trzecie koło u wozu - Wybacz, po prostu kocham go jak tak się o mnie troszczy.
- A jeśli to by się stało z normalnym człowiekiem? - przesunęła się z dala od ognia który nagle zgasł
- Dziecko by zginęło... W końcu byłby to zwykły śmiertelnik, jak każdy z nich, umiera. - mruknęła Lilly a z sufitu wyrósł wielki sopel lodu - Mary! - Lilly zasłoniła Mary swoim ciałem i lód pękł w starciu ze skałą - Matt?!
- Żyję! Nic wam nie jest? - Matt minął skałę i wyciągnął dziewczyny - Obawiam się że Jack traci kontrolę.
- Musimy coś z tym zrobić! Co jeśli komuś zrobi krzywdę?! - Lilly przytuliła się do niego przerażona - Tylko jak...?
- Ja wiem jak. - w drzwiach pojawiła się Minnie - Tata wam o tym nie powiedział, że Alice się obudzi. - rozejrzała się po pokoju - Czy Ben'a z wami nie było?
- Ben? Ben! Ben?! - Wszyscy zwrócili się w stronę chłopaka przebitego w ramieniu przez sopel lodu - Czemu nic nie mówiłeś?!
- Zamyśliłem się... - szepnął ruszając leniwie głową w ich stronę - Zrobicie coś dla mnie?
- Nie. Ty nie umierasz to tylko ramie. - Lilly podeszła do niego i złamała sopel - Czekaj... Twoje plecy?
- Z tyłu również oberwałem... - uśmiechnął się słabo i wypluł krew - Powiecie Alice jak się obudzi, że naprawdę ją kochałem?
- Tak jak powiedziała Lilly, nie umierasz. - przypomniał zirytowany Matt i zabrał Ben'a na ramiona - Chłopie nie pozwalamy ci na to.
- Jak ty to powiedziałaś? "W końcu to zwykły śmiertelnik, jak każdy z nich, umiera." - szepnął
***
Obudziłam się w pokoju wypełnionym lodem i śniegiem, ostatnie co pamiętałam to była moja próba uniknięcia przesłuchania i ochrony Mary. Podniosłam się i rozejrzałam dookoła, byłam w pokoju Jack'a. Siedziałam na łóżku otoczona lodem który w zetknięciu się z moją skórą topił się natychmiast, pod grubą warstwą dostrzegłam dobrze znaną mi twarz
- Jack... - przyłożyłam ręce do lodu, po chwili mogłam go ze spokojem wyciągnąć. Położyłam na łóżku i położyłam rękę na jego czole - Jesteś lodowaty... Ktoś musi ci pomóc...
Rozmroziłam cały lód w pokoju i wybiegłam z niego poszukując pomocy. W salonie trafiłam na Matt'a i Mick'a, wszystko było zniszczone a przy ścianie była widoczna krew. Cicho weszłam do środka przerażona widokiem
- Co tu się stało? - mój wzrok wbity był w krew na ścianie - Czyja jest ta krew?
- Alice? - Matt spojrzał na mnie zdziwiony po czym podszedł i mnie przytulił - Tak się cieszę, że nic ci nie jest. Wszyscy się o ciebie baliśmy, myśleliśmy że... Nie żyjesz...
- Dlaczego? - powędrowałam wzrokiem do Mick'a, widziałam jak go unikał - Skąd się tu wzięłam jak byłam porwana, co tu się stało i najważniejsze, czyja jest ta krew?!
- Nie czas na wyjaśnienia, musisz powstrzymać Jack'a. - Matt odsunął się ode mnie z udawanym uśmiechem - Tylko ty możesz sprawić by się ogarnął.
- To jego sprawka? - cofnęłam się krok do tyłu - Jak to możliwe?
- Myślał że zginęłaś. Obwiniał się za to, jeśli go nie powstrzymasz będzie gorzej. - odezwał się Mick - To dopiero pierwszy dzień.
Pobiegłam z powrotem do pokoju Jack'a, tym razem przytomny siedział na łóżku. Weszłam do pokoju, odwrócił głowę w moim kierunku i się uśmiechnął
- Odejdź, kolejny koszmar. - warknął z obrzydzeniem
- Jack... To ja... Jestem prawdziwa... - podeszłam bliżej niego - Ja żyję.
- Wszyscy tak mówią. - łóżko zaczął zajmować lód - Odejdź bo znowu to zrobię.
- Uwierz mi. - poprosiłam zbliżając się - Jestem tu, stoję przed tobą żywa. Proszę. Jeśli tego nie zrobisz komuś stanie się krzywda... - przypomniałam sobie krew na ścianie - ...Albo już się stała.
- Widziałem jak twoje ciało zmienia się w popiół, to ja dopuściłem do tego by feniks się do ciebie zbliżył. - lód zaczął pokrywać również ściany - Nikomu nie uwierzę w to że żyjesz.
- Jack... - oparłam się ręką o ścianę, lód wokół niej zniknął. W mojej głowie zaświtał pomysł - Chwyć mnie za rękę. - dojrzałam jego zdziwienie na twarzy - Tylko tak mogę cię przekonać że jestem prawdziwa.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, wyciągnął niepewny rękę po czym ją cofnął. Miałam tylko nadzieję że to się uda. Kiedy jeszcze raz spróbował ją zbliżyć ją do mnie, wzięłam inicjatywę i rzuciłam mu się w ramiona. Poczułam to samo zimno jak w chwili gdy wyciągnęłam go z lodu, tym razem zaczęło ono powoli znikać. Jego ręka pogłaskała mnie po głowie, na szyi poczułam jego łzy.
- To naprawdę ty... - przytulił mnie mocno, przez ten tydzień tak mi go brakowało - Nareszcie... Bałem się że... Naprawdę przepraszam...
- Spokojnie, już wszystko dobrze. - z moich oczu również zaczęły płynąć łzy
Siedzieliśmy wtuleni przez godzinę bez słowa, nie potrzebowaliśmy ich, nasza obecność nam wystarczyła. Niestety musieliśmy wyjść stamtąd i dowiedzieć się jakie szkody wyszły z braku kontroli Jack'a. Tym razem w salonie była Lilly, Matt oraz Mick. Lilly płakała wtulona w Matt'a a Mick wpatrywał się kałużę krwi, wiedziałam że najpierw muszę dowiedzieć się co tu się stało, dopiero potem będę mogła pytać o to jak się tu znalazłam. Pociągnęłam Jack'a za rękę do środka
- Powiedzcie co tu zaszło. - poprosiłam smutna
- Alice? - Lilly odwróciła się w moją stronę cała zapłakana - Tak się cieszę... ale wybacz mi, nie mogę przestać płakać!
- Ben został ranny, lód wbił się w jego ramie i w żebra. - wyjaśnił Matt - Jest teraz w śpiączce, udało nam się na szczęście ustabilizować jego stan i nic mu nie zagraża. Tylko że gdy się obudzi będzie na długo przytwierdzony do łóżka.
- Chociaż coś dobrego... - wymamrotałam i poczułam mocniejszy uścisk ręki Jack'a
- A co z Mary? - spytał udając spokojnego
- Zdążyłam ją osłonić. - uśmiechnęła się delikatnie Lilly - Siedziała tuż przede mną, szybko na nią skoczyłam i osłoniłam skałą... Jest bezpieczna.
- Niestety coś mi się o tobie powiedziało... - mruknął Matt
- Mówiłem wam byście nic jej nie mówili, że jest siostra Jack'a! - warknął zły Mick
- Siostrą? - usłyszałam za nami cichu i delikatny głos, odwróciłam się i zobaczyłam drobną szatynkę - Jak to?
niedziela, 16 marca 2014
Rozdział dwudziesty siódmy "Koszmar"
Od tygodnia Jack, Ben i James poszukują miejsca przetrzymywania Alice, w tym momencie są w Polsce. Ben dostał telefon od przyjaciela o organizacji i ich siedzibie w Warszawie. Mieli się z nim spotkać w księgarni niedaleko
- Ile może się spóźniać? - mruknął zdenerwowany Jack - Rozumiem że musi znaleźć dobry moment by wyjść stamtąd bez podejrzeń ale aż dwie godziny?
- Coraz bardziej żałuję że cię wtedy wyciągnąłem z tej klatki. - James westchnął a jego telefon zaczął dzwonić - Zaraz wracam.
- Tylko skończ szybko, idzie. - uśmiechnął się Ben i pokiwał niskiej, szczupłej szatynce w okularach przeciwsłonecznych - Tylko się nie zdziwicie.
- Niby czemu? - Jack ze spokojem usiadł na krześle spoglądając na dziewczynę wchodzącą do księgarni - Skądś cię znam...
- Ja ciebie niestety pamiętam. - warknęła zirytowana - Jak chcesz mogę ci przypomnieć pewną sytuację w szatni. - zdjęła okulary i mrugnęła do niego porozumiewawczo - Długo się z tego śmiałam z Lilly.
- Miło cię znowu widzieć Trish. - Ben uścisnął ją przyjaźnie - To właśnie moja przyjaciółka która dała mi znać gdzie jest Alice, bardzo dobrze że się znacie.
- Od jak dawna jesteś w tej organizacji? - spytał poważny Jack
- Całe życie, mój ojciec jest wysoko postawiony. On mnie w to wciągnął kiedy tylko się narodziłam. - podciągnęła bluzkę pokazując znamię na brzuchu - To jest mój znak przynależności, tylko że Alice to moja przyjaciółka i nie pozwolę jej zostać tam dłużej.
- Mamy problem. - podszedł do nas James chowając telefon - Feniks powstał i wyruszył w naszą stronę. Jest trochę... Duży.
- Jak bardzo? - spytał Ben
- Większy niż struś afrykański, tego możesz być pewny. - James usiadł obok Jack'a - Ty razem ze mną idziesz powstrzymać go przed spaleniem miasta, Ben ty i Trish idziecie po Alice.
- Pierwszy raz żałuję że panuję nad wodą. - mruknął Jack i razem z James'em wstali z krzeseł - Trish, skoro od zawsze byłaś w agencji a byłaś z nami w szkole... Cały czas udawałaś?
- Tak, musiałam. - spojrzała speszona w bok
- Kogo szpiegowałaś? - spytał poważny James
- Matt'a...
- Dlatego tak się do niego kleiłaś. - stwierdził James - Ale na mnie leciałaś, przyznaj to.
- Do ciebie było się łatwiej zbliżyć. - uśmiechnęła się wrednie
- A przy Alice też udawałaś? - Jack spojrzał na nią poważny - Bo albo tego przy niej nie robiłaś, albo jesteś genialną aktorką.
- Jack musimy iść, Matt pilnuje by nikt tego durnego ptaka nie zobaczył. Musimy mu pomóc. - James pociągnął Jack'a za rękę do wyjścia - Kiedy indziej sobie pogadacie.
Ben razem z Trish weszli do budynku w którym przetrzymywali Alice i Mary, pod pretekstem kolejnego bezdomnego do testów. Wjechali z łatwością na ostatnie piętro w którym znajdowały się dziewczyny. Z ich pokoju wyszedł Ivan, spojrzał zimnym wzrokiem na Ben'a a potem na Trish
- Kto to? - warknął zły
- Bezdomny, gotowy do zabicia przez którąś z nich. - odpowiedziała poważna szatynka - Spotkałam go pod pałacem kultury, żebrał.
- Akurat mamy mały problem, jedna jest nieprzytomna a drugą otoczyły płomienie. - otworzył drzwi do pokoju pokazując nieprzytomną Alice leżącą na kanapie i Mary trzymającą jej głowę na kolanach - Daliśmy coś podobnego do serum prawdy i zasnęła gdy tylko zbliżyła się do tamtej.
- Pokrzyżowało ci to plany, prawda? - uśmiechnęła się wrednie Trish
- Nie tylko mi, Joe wychodzi z siebie. - również się uśmiechnął - Lubię gdy jest wytrącony z równowagi, a ta mała potrafi to robić doskonale.
- Nie tylko to... - mruknął Ben powstrzymując śmiech
- Znasz ją? - uśmiech z twarzy Ivan'a zniknął i stał się poważny - Na pewno żebrał pod pałacem?
- Oczywiście, ciebie nie mogę okłamać. - spojrzała w bok speszona a Ivan ją przytulił
- Mam nadzieję że wiesz co robisz ale pamiętaj, że zawsze będę trzymać twoją stronę. - potargał jej włosy i odszedł
- On się zachowywał jak ojciec. - szepnął jej na ucho Ben
- Lepiej martw się o Alice. - zirytowana otworzyła drzwi - Długo śpi?
- Co? - Mary spojrzała na nią zdziwiona
- Alice! - Ben podbiegł do ściany ognia - Chyba nie masz humoru...
- Kim jesteście? - dopytała poważna Mary
- Jesteśmy przyjaciółmi Alice, chcemy was stąd zabrać. - dodał poważny i spojrzał na płomienie - Już kiedyś widziałem ten płomień, wtedy opadł ale Jack i James mogą pomóc. - wyciągnął telefon i zadzwonił do James'a - Żyjecie? Wiecie co zrobić z płomieniem wokół Alice kiedy ona śpi? Jak to ona musi się obudzić!?
- Ben ciszej. - uciszyła go Trish - Chcesz zawołać tutaj kogoś?
- Dobra, czyli musi poczuć się bezpieczna... - mruknął Ben - Matt do nas leci? Spoko, rozumiem. - rozłączył się - Dobra za parę minut będzie tu Matt by zabrać Alice do feniksa, do tego czasu te płomienie muszą zniknąć.
- Skoro jesteście jej przyjaciółmi to chyba mogę powiedzieć wam to co już wiem. - Mary zbliżyła rękę do ognia i przeszła bez poparzenia na drugą stronę - Jeśli mnie ten płomień nie rani, to was może też?
- Warto spróbować. - Ben przesunął ręką nad płomieniem - Racja. Dobra czyli nie musimy nic z tym płomieniem robić. - podszedł do Alice i wziął ją na ręce - Jest lżejsza niż wcześniej. Głodzili was?
- To ona prawie nic nie jadła. - wyjaśniła Trish
- Ktoś jest za ścianą, czuję wibracje w powietrzu. - Mary stanęła twarzą do ściany - Zrobię trochę hałasu. - Uderzyła ręką w ścianę a silny wiatr zrobił dziurę w niej, ich oczom pokazał się Matt
- Matt! Weź Alice szybko do Jack'a i James'a! - Ben wyrzucił Alice w ręce Matt'a i skierował się do Mary - Potrafisz latać prawda.
- Tak? - odsunęła się od niego niepewna - Dlaczego?
- To dobrze. - chwycił ją i wyskoczył z budynku - Trish wiem że dasz sobie radę!
- Ty idioto mógłbyś mnie ostrzec! - wrzasnęła przerażona Mary i silny podmuch wiatru podrzucił ich do góry - Jak tylko będę miała okazję uduszę cię!
- Już to gdzieś słyszałem. - mruknął wskazując na oddalającego się Matt'a - Leć za nim.
Matt doleciawszy do James'a i Jack'a położył Alice na ziemi i podbiegł do niech
- Jack spróbuj ją obudzić, my zajmiemy się feniksem. - chwycił Jack'a za ramie - I zaraz ktoś do nas doleci, nie interesuj się nią.
- Tam jest nieprzytomna Alice, myślisz że ktoś inny mógłby odwrócić moją... - jego wzrok z Matt'a na Mary i Ben'a - ...To jest Mary?
- Chłopie twoja dziewczyna jest nieprzytomna! Siostrą zajmiesz się później! - wrzasnął zirytowany James - Ten ptak zaraz da mi opaleniznę której nie chcę mieć!
Zirytowany jack podbiegł do Alice i przytulił ją do siebie
- Czas wstawać Alice, mamy tutaj poważne kłopoty. - szepnął jej do ucha - Potrzebujemy cię.
- Jack! - feniks zbliżył się do ziemi i spróbował się przedostać obok James'a i Matt'a - Możesz się łaskawie pośpieszyć?!
- Może tu chodzi o tego feniksa... - Jack spojrzał na feniksa i na próby zatrzymania go - Przepuśćcie go!
- Co?! Oszalałeś?! - do niego dobiegł Ben - Oszalałeś?!
- Ja nie mogę jej obudzić i to może dlatego ten durny ptak tu przyleciał. - odpowiedział spokojny Jack - Musimy spróbować. Inaczej zabiję go.
- Dobra. - James i Matt puścili feniksa który wleciał w ciało Alice
- Obym się nie pomylił... - Jack bacznie obserwował czerwonowłosą aż poczuł jak jej ręka którą trzymał spopiela się - Nie... - łzy poleciały mu po policzkach - Cholera nie!
Ciało Alice zmieniło się w popiół i żeby wiatr go nie rozwiał Ben szybko włożył go do pudełka. Jack przez całą podróż do Rumunii do nikogo się nie odzywał i był we własnym świecie, obwiniał się za to że przez niego Alice nie żyje. Po opowiedzeniu Mick'owi całej historii uśmiechnął się i pudełko z prochami dał Jack'owi ze słowami
- Pilnuj tego jak oka w głowie.
Jack postawił pudełko na biurku w pokoju i położył się spać, miał śnił mu się koszmar.
- Ile może się spóźniać? - mruknął zdenerwowany Jack - Rozumiem że musi znaleźć dobry moment by wyjść stamtąd bez podejrzeń ale aż dwie godziny?
- Coraz bardziej żałuję że cię wtedy wyciągnąłem z tej klatki. - James westchnął a jego telefon zaczął dzwonić - Zaraz wracam.
- Tylko skończ szybko, idzie. - uśmiechnął się Ben i pokiwał niskiej, szczupłej szatynce w okularach przeciwsłonecznych - Tylko się nie zdziwicie.
- Niby czemu? - Jack ze spokojem usiadł na krześle spoglądając na dziewczynę wchodzącą do księgarni - Skądś cię znam...
- Ja ciebie niestety pamiętam. - warknęła zirytowana - Jak chcesz mogę ci przypomnieć pewną sytuację w szatni. - zdjęła okulary i mrugnęła do niego porozumiewawczo - Długo się z tego śmiałam z Lilly.
- Miło cię znowu widzieć Trish. - Ben uścisnął ją przyjaźnie - To właśnie moja przyjaciółka która dała mi znać gdzie jest Alice, bardzo dobrze że się znacie.
- Od jak dawna jesteś w tej organizacji? - spytał poważny Jack
- Całe życie, mój ojciec jest wysoko postawiony. On mnie w to wciągnął kiedy tylko się narodziłam. - podciągnęła bluzkę pokazując znamię na brzuchu - To jest mój znak przynależności, tylko że Alice to moja przyjaciółka i nie pozwolę jej zostać tam dłużej.
- Mamy problem. - podszedł do nas James chowając telefon - Feniks powstał i wyruszył w naszą stronę. Jest trochę... Duży.
- Jak bardzo? - spytał Ben
- Większy niż struś afrykański, tego możesz być pewny. - James usiadł obok Jack'a - Ty razem ze mną idziesz powstrzymać go przed spaleniem miasta, Ben ty i Trish idziecie po Alice.
- Pierwszy raz żałuję że panuję nad wodą. - mruknął Jack i razem z James'em wstali z krzeseł - Trish, skoro od zawsze byłaś w agencji a byłaś z nami w szkole... Cały czas udawałaś?
- Tak, musiałam. - spojrzała speszona w bok
- Kogo szpiegowałaś? - spytał poważny James
- Matt'a...
- Dlatego tak się do niego kleiłaś. - stwierdził James - Ale na mnie leciałaś, przyznaj to.
- Do ciebie było się łatwiej zbliżyć. - uśmiechnęła się wrednie
- A przy Alice też udawałaś? - Jack spojrzał na nią poważny - Bo albo tego przy niej nie robiłaś, albo jesteś genialną aktorką.
- Jack musimy iść, Matt pilnuje by nikt tego durnego ptaka nie zobaczył. Musimy mu pomóc. - James pociągnął Jack'a za rękę do wyjścia - Kiedy indziej sobie pogadacie.
Ben razem z Trish weszli do budynku w którym przetrzymywali Alice i Mary, pod pretekstem kolejnego bezdomnego do testów. Wjechali z łatwością na ostatnie piętro w którym znajdowały się dziewczyny. Z ich pokoju wyszedł Ivan, spojrzał zimnym wzrokiem na Ben'a a potem na Trish
- Kto to? - warknął zły
- Bezdomny, gotowy do zabicia przez którąś z nich. - odpowiedziała poważna szatynka - Spotkałam go pod pałacem kultury, żebrał.
- Akurat mamy mały problem, jedna jest nieprzytomna a drugą otoczyły płomienie. - otworzył drzwi do pokoju pokazując nieprzytomną Alice leżącą na kanapie i Mary trzymającą jej głowę na kolanach - Daliśmy coś podobnego do serum prawdy i zasnęła gdy tylko zbliżyła się do tamtej.
- Pokrzyżowało ci to plany, prawda? - uśmiechnęła się wrednie Trish
- Nie tylko mi, Joe wychodzi z siebie. - również się uśmiechnął - Lubię gdy jest wytrącony z równowagi, a ta mała potrafi to robić doskonale.
- Nie tylko to... - mruknął Ben powstrzymując śmiech
- Znasz ją? - uśmiech z twarzy Ivan'a zniknął i stał się poważny - Na pewno żebrał pod pałacem?
- Oczywiście, ciebie nie mogę okłamać. - spojrzała w bok speszona a Ivan ją przytulił
- Mam nadzieję że wiesz co robisz ale pamiętaj, że zawsze będę trzymać twoją stronę. - potargał jej włosy i odszedł
- On się zachowywał jak ojciec. - szepnął jej na ucho Ben
- Lepiej martw się o Alice. - zirytowana otworzyła drzwi - Długo śpi?
- Co? - Mary spojrzała na nią zdziwiona
- Alice! - Ben podbiegł do ściany ognia - Chyba nie masz humoru...
- Kim jesteście? - dopytała poważna Mary
- Jesteśmy przyjaciółmi Alice, chcemy was stąd zabrać. - dodał poważny i spojrzał na płomienie - Już kiedyś widziałem ten płomień, wtedy opadł ale Jack i James mogą pomóc. - wyciągnął telefon i zadzwonił do James'a - Żyjecie? Wiecie co zrobić z płomieniem wokół Alice kiedy ona śpi? Jak to ona musi się obudzić!?
- Ben ciszej. - uciszyła go Trish - Chcesz zawołać tutaj kogoś?
- Dobra, czyli musi poczuć się bezpieczna... - mruknął Ben - Matt do nas leci? Spoko, rozumiem. - rozłączył się - Dobra za parę minut będzie tu Matt by zabrać Alice do feniksa, do tego czasu te płomienie muszą zniknąć.
- Skoro jesteście jej przyjaciółmi to chyba mogę powiedzieć wam to co już wiem. - Mary zbliżyła rękę do ognia i przeszła bez poparzenia na drugą stronę - Jeśli mnie ten płomień nie rani, to was może też?
- Warto spróbować. - Ben przesunął ręką nad płomieniem - Racja. Dobra czyli nie musimy nic z tym płomieniem robić. - podszedł do Alice i wziął ją na ręce - Jest lżejsza niż wcześniej. Głodzili was?
- To ona prawie nic nie jadła. - wyjaśniła Trish
- Ktoś jest za ścianą, czuję wibracje w powietrzu. - Mary stanęła twarzą do ściany - Zrobię trochę hałasu. - Uderzyła ręką w ścianę a silny wiatr zrobił dziurę w niej, ich oczom pokazał się Matt
- Matt! Weź Alice szybko do Jack'a i James'a! - Ben wyrzucił Alice w ręce Matt'a i skierował się do Mary - Potrafisz latać prawda.
- Tak? - odsunęła się od niego niepewna - Dlaczego?
- To dobrze. - chwycił ją i wyskoczył z budynku - Trish wiem że dasz sobie radę!
- Ty idioto mógłbyś mnie ostrzec! - wrzasnęła przerażona Mary i silny podmuch wiatru podrzucił ich do góry - Jak tylko będę miała okazję uduszę cię!
- Już to gdzieś słyszałem. - mruknął wskazując na oddalającego się Matt'a - Leć za nim.
Matt doleciawszy do James'a i Jack'a położył Alice na ziemi i podbiegł do niech
- Jack spróbuj ją obudzić, my zajmiemy się feniksem. - chwycił Jack'a za ramie - I zaraz ktoś do nas doleci, nie interesuj się nią.
- Tam jest nieprzytomna Alice, myślisz że ktoś inny mógłby odwrócić moją... - jego wzrok z Matt'a na Mary i Ben'a - ...To jest Mary?
- Chłopie twoja dziewczyna jest nieprzytomna! Siostrą zajmiesz się później! - wrzasnął zirytowany James - Ten ptak zaraz da mi opaleniznę której nie chcę mieć!
Zirytowany jack podbiegł do Alice i przytulił ją do siebie
- Czas wstawać Alice, mamy tutaj poważne kłopoty. - szepnął jej do ucha - Potrzebujemy cię.
- Jack! - feniks zbliżył się do ziemi i spróbował się przedostać obok James'a i Matt'a - Możesz się łaskawie pośpieszyć?!
- Może tu chodzi o tego feniksa... - Jack spojrzał na feniksa i na próby zatrzymania go - Przepuśćcie go!
- Co?! Oszalałeś?! - do niego dobiegł Ben - Oszalałeś?!
- Ja nie mogę jej obudzić i to może dlatego ten durny ptak tu przyleciał. - odpowiedział spokojny Jack - Musimy spróbować. Inaczej zabiję go.
- Dobra. - James i Matt puścili feniksa który wleciał w ciało Alice
- Obym się nie pomylił... - Jack bacznie obserwował czerwonowłosą aż poczuł jak jej ręka którą trzymał spopiela się - Nie... - łzy poleciały mu po policzkach - Cholera nie!
Ciało Alice zmieniło się w popiół i żeby wiatr go nie rozwiał Ben szybko włożył go do pudełka. Jack przez całą podróż do Rumunii do nikogo się nie odzywał i był we własnym świecie, obwiniał się za to że przez niego Alice nie żyje. Po opowiedzeniu Mick'owi całej historii uśmiechnął się i pudełko z prochami dał Jack'owi ze słowami
- Pilnuj tego jak oka w głowie.
Jack postawił pudełko na biurku w pokoju i położył się spać, miał śnił mu się koszmar.
czwartek, 6 marca 2014
Rozdział dwudziesty szósty "Potwór"
Klęczałam tuż przed Mary i Ivan'em wpatrując się w dziewczynę. Widać było że spędziła tutaj więcej czasu niż ja, oczy miała podkrążone a na rękach siniaki. Spojrzałam przerażona na niewzruszonego Ivan'a
- Ty jej to zrobiłeś? - spytałam podchodząc do niej i chwytając za rękę - Kto jej to zrobił?!
- Nie twoja sprawa. - chwycił mnie za rękę ale ją zabrał ponieważ się oparzył - Ja jej tego nie zrobiłem.
- Chcę z nią pogadać na osobności. - warknęłam zirytowana - Chyba że mam spalić wszystko co tu się znajduje?
- Zaprowadźcie te dwie panienki do jednego pokoju, bez podsłuchu. - Ivan zapalił papierosa i kiwnął ręką - Lepiej Panny Swan nie drażnić w tym stanie.
- Dziękuję. - poszłyśmy razem z dwójką strażników do białego pokoju z kanapą - Przynajmniej mamy gdzie się usiąść.
- Skąd znasz moje imię? - spytała Mary a za nami zamknęli drzwi
- Mick mi o tobie opowiadał. - skłamałam siadając na kanapie - Siadaj.
- Mick? Brat Iris? Znasz go? Jaki jest? - zaczęła zadawać sto pytań na minutę - Ponoć jest wkurzający i dziecinny.
- No czasami jest taki ale zazwyczaj zachowuje się jak... - przypomniałam sobie uśmiechniętego Mick'a - ...jak ojciec.
- No to Iris może za bardzo narzekała... A czy znasz innych takich jak my? - usiadła obok mnie na kanapie - Ponoć w Rumunii jest nas więcej.
- Tak, jest Lilly i Matt - zobaczyłam ich uśmiechnięte twarze - James i Lucy... - przed oczami migło mi wspomnienie jak Lucy ścięła moje włosy i instynktownie chwyciłam jeden kosmyk - ...Do tego jeszcze... - zaczęłam płakać na wspomnienie nieprzytomnego Jack'a przy jeziorze - ...Jack!
- Przepraszam! Nie chciałam byś płakała! - przytuliła mnie, jej ciało było równie zimne jak ciało Jack'a - To był ktoś ważny dla ciebie, prawda?
- Ja go kocham. - wtuliłam się w nią - Ja muszę go zobaczyć! Muszę wiedzieć że z nim wszystko dobrze!
- Spokojnie, coś czuję że niedługo go spotkasz. - uśmiechnęła się i pogładziła mnie po głowie - Ja za to bym chciała wrócić do Anglii, Iris i Mark...
- Mark? - Popatrzyłam na nią ocierając łzy - To twój...?
- Nie! - zaprzeczyła od razu a na policzkach wyskoczył jej rumieńce - To mój przyjaciel!
- To dlaczego tak reagujesz? - uśmiechnęłam się i rozmarzyłam - Opowiedz mi o nim.
- Więc jest bardzo wesoły, zawsze myśli o innych dopiero później o sobie. Trochę to denerwujące... - zaśmiała się, widać że myślenie o nim jej pomaga - Zanim mnie porwali, nakrzyczałam na niego. Powiedziałam żeby przestał mnie traktować jak siostrę, pewnie teraz myśli że uciekłam i dlatego mnie nie szuka.
- Jesteś prawdopodobnie daleko od domu, możliwe że cię szuka ale daleko stąd. - spróbowałam ją pocieszyć - Jestem pewna że on cały czas się zamartwia.
- Dziękuję! - przytuliła się do mnie
- Tylko jak spotkasz chłopaka imieniem Jack to lepiej nie wspominaj o tym że się zakochałaś..- mruknęłam domyślając się jego reakcji starszego brata. Drzwi się otworzyły a w nich stanął Ivan wraz z szatynem - Czego?
- Twoja kolej Panno Swan na badania, Joe się tobą zajmie na ten czas. Ja muszę się pozbyć kilku bezdomnych. - patrzył na mnie swym bezuczuciowym wzrokiem - Kulką prosto w łeb.
- Potwór. - syknęłam i spojrzałam na chłopaka obok niego - My się znamy?
- Tylko przelotnie. - warknął a Ivan szepnął mu coś na ucho i odszedł - Ruszaj się.
- Zaraz wracam Mary. - uśmiechnęłam się i podeszłam do Joe
- A jak masz na imię? - spytała szybko Mary - Znam tylko twoje nazwisko...
- Jestem Alice. - pokiwałam jej i wyszłam z pokoju, czekało trzech strażników - Nie dasz sobie rady z jedną dziewczyną?
- Ze zwykłą, owszem, z magicznymi zdolnościami? Nie. - warknął i zaprowadził mnie do laboratorium - Lepiej bądź grzeczna. - wskazał fotel na środku pokoju - Usiądź.
- Dziękuję postoję. - uśmiechnęłam się wrednie - Sam usiądź wyglądasz mizernie.
- Siadaj. - jego ton zmroził mi krew w żyłach, potrafił być przerażający jeśli chciał
- Wytłumacz mi najpierw co mi zrobicie. - rozkazałam podchodząc do fotela - Inaczej nie usiądę.
- Wejdziemy ci do głowy i poznamy twe słabości, proste. - stanął za komputerem - Teraz siadaj.
- Nie pozwolę mieszać sobie w głowie! - warknęłam a obok mojej głowy przeleciała kulka z pistoletu - Chcesz mnie zabić?!
- Siadaj pókim dobry. - tym razem wycelował prosto we mnie strzelbą, przełknęłam ślinę - Natychmiast.
- Tania zabaweczka, póki co pogadajmy. - uśmiechnęłam się ukrywając strach - Powiedz, kiedy się spotkaliśmy? Jestem pewna że już kiedyś cię widziałam.
- Tracę cierpliwość. - mruknął odbezpieczając broń - Jeśli cię zabiję, zrobimy ten eksperyment na Mary.
- Nie pozwolę ci. - poczułam w sobie złość, nie dosyć że groził mi to jeszcze siostrze Jack'a - Nie denerwuj mnie lepiej.
- Bo co? Widziałem jak korzystanie z mocy cię wykańcza. To ja byłem tym chłopakiem za lustrem które stopiłaś, przede mną pokazałaś swą słabość. - uśmiechnął się i odłożył broń - Jesteś na tyle głupia by powtórzyć tamto?
- Czekaj, jak to byłeś ty to jeszcze wcześniej się spotkaliśmy. - otworzyłam szeroko oczy a w głowie pojawiło się wspomnienie jak chłopak w restauracji chciał mój numer - To byłeś ty?
- Nareszcie dotarło. - przewrócił znudzony oczami - A myślałem że rudzielce są bystre. Wtedy niestety twój chłoptaś mi przerwał, wkurzył mnie tym. Widziałem że ciebie również, ale wiesz że nadal jesteś mi coś winna za tamte frytki?
- Czego chcesz? - podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i spojrzał prosto w oczy
- To bardzo proste, jak posłuszna dziewczynka słuchaj mnie bez żadnego protestu. Inaczej Panienka Mary oberwie. - podrapał mnie pod brodą - Rozumiesz czy wyjaśnić?
- Jesteś gorszy od Ivan'a. - warknęłam wściekła i kopnęłam go w brzuch - Zgoda ale jeśli dotkniesz mnie, nawet przypadkiem, spalę ci tę część ciała.
- Ty jej to zrobiłeś? - spytałam podchodząc do niej i chwytając za rękę - Kto jej to zrobił?!
- Nie twoja sprawa. - chwycił mnie za rękę ale ją zabrał ponieważ się oparzył - Ja jej tego nie zrobiłem.
- Chcę z nią pogadać na osobności. - warknęłam zirytowana - Chyba że mam spalić wszystko co tu się znajduje?
- Zaprowadźcie te dwie panienki do jednego pokoju, bez podsłuchu. - Ivan zapalił papierosa i kiwnął ręką - Lepiej Panny Swan nie drażnić w tym stanie.
- Dziękuję. - poszłyśmy razem z dwójką strażników do białego pokoju z kanapą - Przynajmniej mamy gdzie się usiąść.
- Skąd znasz moje imię? - spytała Mary a za nami zamknęli drzwi
- Mick mi o tobie opowiadał. - skłamałam siadając na kanapie - Siadaj.
- Mick? Brat Iris? Znasz go? Jaki jest? - zaczęła zadawać sto pytań na minutę - Ponoć jest wkurzający i dziecinny.
- No czasami jest taki ale zazwyczaj zachowuje się jak... - przypomniałam sobie uśmiechniętego Mick'a - ...jak ojciec.
- No to Iris może za bardzo narzekała... A czy znasz innych takich jak my? - usiadła obok mnie na kanapie - Ponoć w Rumunii jest nas więcej.
- Tak, jest Lilly i Matt - zobaczyłam ich uśmiechnięte twarze - James i Lucy... - przed oczami migło mi wspomnienie jak Lucy ścięła moje włosy i instynktownie chwyciłam jeden kosmyk - ...Do tego jeszcze... - zaczęłam płakać na wspomnienie nieprzytomnego Jack'a przy jeziorze - ...Jack!
- Przepraszam! Nie chciałam byś płakała! - przytuliła mnie, jej ciało było równie zimne jak ciało Jack'a - To był ktoś ważny dla ciebie, prawda?
- Ja go kocham. - wtuliłam się w nią - Ja muszę go zobaczyć! Muszę wiedzieć że z nim wszystko dobrze!
- Spokojnie, coś czuję że niedługo go spotkasz. - uśmiechnęła się i pogładziła mnie po głowie - Ja za to bym chciała wrócić do Anglii, Iris i Mark...
- Mark? - Popatrzyłam na nią ocierając łzy - To twój...?
- Nie! - zaprzeczyła od razu a na policzkach wyskoczył jej rumieńce - To mój przyjaciel!
- To dlaczego tak reagujesz? - uśmiechnęłam się i rozmarzyłam - Opowiedz mi o nim.
- Więc jest bardzo wesoły, zawsze myśli o innych dopiero później o sobie. Trochę to denerwujące... - zaśmiała się, widać że myślenie o nim jej pomaga - Zanim mnie porwali, nakrzyczałam na niego. Powiedziałam żeby przestał mnie traktować jak siostrę, pewnie teraz myśli że uciekłam i dlatego mnie nie szuka.
- Jesteś prawdopodobnie daleko od domu, możliwe że cię szuka ale daleko stąd. - spróbowałam ją pocieszyć - Jestem pewna że on cały czas się zamartwia.
- Dziękuję! - przytuliła się do mnie
- Tylko jak spotkasz chłopaka imieniem Jack to lepiej nie wspominaj o tym że się zakochałaś..- mruknęłam domyślając się jego reakcji starszego brata. Drzwi się otworzyły a w nich stanął Ivan wraz z szatynem - Czego?
- Twoja kolej Panno Swan na badania, Joe się tobą zajmie na ten czas. Ja muszę się pozbyć kilku bezdomnych. - patrzył na mnie swym bezuczuciowym wzrokiem - Kulką prosto w łeb.
- Potwór. - syknęłam i spojrzałam na chłopaka obok niego - My się znamy?
- Tylko przelotnie. - warknął a Ivan szepnął mu coś na ucho i odszedł - Ruszaj się.
- Zaraz wracam Mary. - uśmiechnęłam się i podeszłam do Joe
- A jak masz na imię? - spytała szybko Mary - Znam tylko twoje nazwisko...
- Jestem Alice. - pokiwałam jej i wyszłam z pokoju, czekało trzech strażników - Nie dasz sobie rady z jedną dziewczyną?
- Ze zwykłą, owszem, z magicznymi zdolnościami? Nie. - warknął i zaprowadził mnie do laboratorium - Lepiej bądź grzeczna. - wskazał fotel na środku pokoju - Usiądź.
- Dziękuję postoję. - uśmiechnęłam się wrednie - Sam usiądź wyglądasz mizernie.
- Siadaj. - jego ton zmroził mi krew w żyłach, potrafił być przerażający jeśli chciał
- Wytłumacz mi najpierw co mi zrobicie. - rozkazałam podchodząc do fotela - Inaczej nie usiądę.
- Wejdziemy ci do głowy i poznamy twe słabości, proste. - stanął za komputerem - Teraz siadaj.
- Nie pozwolę mieszać sobie w głowie! - warknęłam a obok mojej głowy przeleciała kulka z pistoletu - Chcesz mnie zabić?!
- Siadaj pókim dobry. - tym razem wycelował prosto we mnie strzelbą, przełknęłam ślinę - Natychmiast.
- Tania zabaweczka, póki co pogadajmy. - uśmiechnęłam się ukrywając strach - Powiedz, kiedy się spotkaliśmy? Jestem pewna że już kiedyś cię widziałam.
- Tracę cierpliwość. - mruknął odbezpieczając broń - Jeśli cię zabiję, zrobimy ten eksperyment na Mary.
- Nie pozwolę ci. - poczułam w sobie złość, nie dosyć że groził mi to jeszcze siostrze Jack'a - Nie denerwuj mnie lepiej.
- Bo co? Widziałem jak korzystanie z mocy cię wykańcza. To ja byłem tym chłopakiem za lustrem które stopiłaś, przede mną pokazałaś swą słabość. - uśmiechnął się i odłożył broń - Jesteś na tyle głupia by powtórzyć tamto?
- Czekaj, jak to byłeś ty to jeszcze wcześniej się spotkaliśmy. - otworzyłam szeroko oczy a w głowie pojawiło się wspomnienie jak chłopak w restauracji chciał mój numer - To byłeś ty?
- Nareszcie dotarło. - przewrócił znudzony oczami - A myślałem że rudzielce są bystre. Wtedy niestety twój chłoptaś mi przerwał, wkurzył mnie tym. Widziałem że ciebie również, ale wiesz że nadal jesteś mi coś winna za tamte frytki?
- Czego chcesz? - podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i spojrzał prosto w oczy
- To bardzo proste, jak posłuszna dziewczynka słuchaj mnie bez żadnego protestu. Inaczej Panienka Mary oberwie. - podrapał mnie pod brodą - Rozumiesz czy wyjaśnić?
- Jesteś gorszy od Ivan'a. - warknęłam wściekła i kopnęłam go w brzuch - Zgoda ale jeśli dotkniesz mnie, nawet przypadkiem, spalę ci tę część ciała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)