środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział trzydziesty piąty "Trening James'a"

Na następny dzień w wiadomościach życzyli wszystkim szczęśliwych świąt, a cała ekipa nadal wspominała wczorajsze zajście. Każdy na swój sposób odczytywał zachowanie Alice, czy postąpiła dobrze, czy źle. Jednak decydujący głos miał Jack który nie wychodził z pokoju.
- Ona nie może wrócić! – warknął James – Co z tego że jest jedną z nas? Tylko wszystkich pozabija!
- Nie możecie jej zostawiać, nikogo nie możecie. – Iris spoglądała przygnębiona na płomień tańczący w kominku – Wtedy….
- Iris ma rację. – Lucy podeszła do James’a – Żałuję że byłam zła odnośnie Alice, wtedy jak straciłam swoją rodzinę, poczułam się jak ona przez ostatnie dwa lata. Wiesz jaka byłam wtedy przygnębiona, tobie wybaczyłam ponieważ powiedziałeś mi krótko po tym ale ona? Ona była cały czas okłamywana.
- To i tak jej nie tłumaczy. – James usiadł na fotelu – Mogła zrozumieć że to było dla większego dobra! Do tego musiała nauczyć się panować nad ogniem, co do teraz jej nie wyszło.
- Myślisz że ogień jest łatwym żywiołem? – Mark spojrzał na niego z drwiącym spojrzeniem – Iris może zaproponujemy mu krótki trening?
- Jestem za. – wsparła go Mary – Niech się dowie czegoś o ogniu.
- Nie wiem o co chodzi, ale pokażę wam że jestem lepszy. – prychnął wstając – Więc? Na czym polega tan wasz trening?
- Opowiem ci wszystko tylko wyjdźmy gdzieś gdzie niczego nie spalisz. – Mark wyjrzał przez okno a Matt pogłośnił telewizor – Coś ciekawego?
- Prawdopodobnie. – uśmiechnął się wyłączając telewizję – Obejrzę resztę u siebie, Lilly idziesz ze mną?
- Popatrzę na ich trening. – pokiwała mu radośnie – Daj mi znać jak się czegoś dowiesz.
Wyszli do lasu nad staw, w razie czego będzie można w łatwy sposób ugasić pożar. James wyszedł na środek jeziora i rozłożył w ich stronę ramiona
- Słucham, jaki trening? – spytał uśmiechnięty i pewny siebie
- Radzę ci stamtąd wyjść. – podleciała do niego Mary – Utopisz się.
- Ja i topienie się? Chyba pomyliłaś mnie z Alice!
- Ostrzegaliśmy. – Iris podeszła do stawu i zamknęła oczy - Na strunach przyjaźni... Na skrzypcach dnia... Wiatr cicho piękną, piosnkę gra. Nuci ją, szepce między drzewami... Nosi po polach i łąkach z kwiatami… Niech wiatru śpiewanie do Ciebie dziś dotrze...
- Śliczny wierszyk, jakoś ten śpiew mnie nie przekonał ale…. – James wpadł do wody a Mary szybko podciągnęła go ku górze – Co tu się dzieje?!
- To moc naszej kochanej Iris, ciekawa prawda? – Mark nie krył rozbawienia, Mary odstawiła James’a na ziemię – To teraz zobacz jak trudno zapanować nad ogniem!
- Dobra, skoro tak się bawimy. – James spojrzał na swoje mokre ubranie, po czym spalił sobie spodnie – To wyglądało na łatwiejsze!
- Słucham? – zaciekawiła się Iris – Nie myśl sobie, że jak zapanowałeś nad swoim żywiołem, to od razu dasz radę z innym! Tym bardziej nie z ogniem!
- Niby dlaczego? – James podszedł do niej pozostawiając za sobą płonącą ścieżkę – Czym to się różni?
- Spójrz za siebie i sam mi powiedz. – wskazała mu na płomień – Ty masz prościej, ciebie nie okłamały osoby którym ufałeś bez granic. Pomyśl co teraz przeżywa Alice, graliście na jej uczuciach w momencie gdy klony jej rodziców się tam pojawili. Bez nich by wam wybaczyła.
- Cholera… - mruknął zdołowany – Jak mogę to naprawić?
- Najlepiej? Nic, to Jack musi naprawić. – ruszyła w stronę zamku – Mark chodź do mnie!
- Już lecę! – Mark radośnie podbiegł do Iris – Jak zapanujesz nad ogniem, oddam ci wodę!
- Jak on może być taki…. – Lucy patrzyła na odbiegającego Mark’a
- Radosny? – dokończyła za nią Mary – Sama nie wiem, taki już jest. Dobra! James! Trenuj!
- Jesteś pewna że to Jack ma coś zrobić? – Mark szedł koło Iris zamyślony – Nadal nie wiemy co Alice mu powiedziała że się tak zamknął.
- Jak widziałam ich razem, widziałam to samo co między Vincent’em a Annabell. – Iris uśmiechnęła się rozczulająco na wspomnienie pierwszych władców żywiołów – Ich losy chyba zawsze będą się w jakiś sposób łączyć.
- Nigdy mi o nich nie opowiadałaś. – przypomniał Mark, miał nadzieję na opowieść o swoich przodkach – Jeśli zrobisz to teraz….
- I tak chciałam ci powiedzieć o tym. – zaśmiała się znając jego intencje – Vincent był strasznie podobny z wyglądu do Alice, nie powiem z zachowania troszeczkę też ale każdy ogień był żywiołowy. Za to Annabell była spokojna i trochę chłodna jak Jack, była również kochana i urocza, ha ha ha! – otarła łzy z policzków – Byli swoimi przeciwieństwami, lecz coś chciało by poczuli do siebie uczucie. Szło im to naprawdę opornie! Każdy wiedział o ich uczuciach ale oni nie chcieli ich przyjąć! Wiesz jaka byłam zadowolona gdy Annabell zaszła w ciąże? Wtedy właśnie dowiedziałam się jak wy możecie mieć dzieci. Niestety John wtedy zginął a stres Annabell przeszedł na dziecko, urodziły się ale…
- Ale? – Mark czekał na ciąg dalszy ze zniecierpliwieniem
- Ale nie panowały nad żadnym żywiołem, bliźniaki Adam i Ewa… - prychnęła – Już wiesz skąd wzięła się ta dwójka. Dla nas wyszło to lepiej…. Tylko że oni później mieli synów i znasz resztę. – zaśmiała się – To cała ich historia, oczywiście w między czasie mieli problemy ale dali radę.
- I masz nadzieję że tutaj też dadzą radę? – Mark spojrzał zamyślony w niebo – A co jeśli ta historia skończy się inaczej?
- To nie możliwe. – zaśmiała się i pokiwała ludziom idących do kaplicy

***
- To nie możliwe! – James po raz kolejny zapalił drzewo – Mary, powiedz mi w jaki sposób Mark panuje nad wodą!
- Nie wiem tego. – wzruszyła znudzona ramionami – Kiedyś również miałam taki trening, cudem zapanowałam nad ogniem.
- Ty dałaś radę? – James podszedł do niej – Jak?
- Oczyściłam umysł i wyrzuciłam wszystkie złe uczucia, najgorszy był gniew. Nie udawało mi się i byłam jeszcze bardziej wściekła! – podmuchem wiatru zgasiła płomień – Ale kiedy coś mi się udało… Gniew zniknął i zapanowałam nad nim. Niestety to jest tymczasowe, Mark i Alice żyją z tym od dziecka.
- Więc będę musiał przestać się śmiać z Alice… - warknął po czym skierował się do Lucy – Wiesz już gdzie jest?
- Niestety jeszcze nie. – Lucy odwróciła głowę w stronę Lilly – Razem szukałyśmy, nigdzie jej nie było.
- Czy to możliwe by ona… - zaczęła Lilly, lecz się zawahała – Nie, to nie możliwe.
- Odczujemy jej śmierć. – stwierdziła stanowczo Mary – Tak mówiła Iris, jesteśmy połączeni jakby nicią.
- Coś nas ku sobie ciągnie? – James przytulił Lucy i oparł głowę na jej ramie – Nie mogę narzekać.
- Lilly zostawmy ich samych, Matt chce cię zobaczyć. – Mary mrugnęła do Lilly – A ty tutaj trenuj.
Lilly oraz Mary szybko znalazły się tuż przed zamkiem, czekał tam na nich Matt z Jack’iem. Matt cały w skowronkach a Jack patrzył w ziemię z kamienną twarzą
- Tak jak myślałem! Najlepszym miejscem na święta będzie wyjazd na narty! – krzyknął zadowolony Matt – Zgadzasz się ze mną Jack?
- Ta… - warknął, nie miał najmniejszej ochoty na wyjście z pokoju – Możecie mnie zostawić? Mam parę spraw do załatwienia.
- Braciszku, jedź z nami! – poprosiła go Mary – Nigdy nie byłam na nartach.
- To teraz będziesz, BEZE MNIE. – spróbował wrócić do środka ale Matt go zatrzymał – Czego?
- Zaufaj mi, dobrze ci zrobi ten wyjazd. – szepnął mu na ucho Matt – Mają tam ciekawą zjeżdżalnię która przechodzi przez sam środek góry, ponoć jak się zjeżdża tam w nocy widać stwory mieszkające tam.
- I? – Jack nadal nie wyglądał na zachwyconego – Zwykła miejska legenda.
- Ja też chętnie pojadę! – odezwał się James przechodząc wraz z Lucy pod bramą – Miejsce wypełnione śniegiem, że też ja o tym nie pomyślałem.
- Jak myślisz Mary, Mark i Iris też pojadą? – zaciekawiła się Lilly
- Pewnie. – z kaplicy wyszła Iris z Mark’iem – Przez przypadek usłyszeliśmy wasze plany.

- To postanowione! Nawet samolot mamy już wynajęty! – Matt zabrał Jack’a pod ramię i ruszyli wszyscy w stronę lotniska