wtorek, 25 marca 2014

Rozdział dwudziesty ósmy "Ogień i lód"

Jack zamknął się w pokoju razem z prochami Alice, wszyscy zastanawiali się nad tym co się wydarzyło. Siedzieli w salonie przy kominku gdyż na dworze zaczął padać śnieg
- Jak myślicie to z samopoczucia Jack'a? - zmartwiona Lilly patrzyła na krajobraz za oknem - Mick, chyba nie powinieneś był mu dawać jej prochów.
- Wybacz mi ale musiałem. - Mick uśmiechnięty siedział na fotelu z zamyślonym wzrokiem - Jeśli coś ma się wydarzyć, to tylko przy nim.
- Skąd wiesz? - wtrącił się zirytowany Ben oparty o ścianę - To przez niego jest to co jest.
- Tego nie można było powstrzymać, według mnie Jack wiedział, że Alice przeżyje jeśli Evi się do niej zbliży. Właśnie! Mary! Rozmawiałem ze swoją siostrzyczką, powiedziała że kogoś po ciebie przyśle. 
- Naprawdę? - szatynka siedząca przy kominku wpatrywała się w ognisko - A mówiła kiedy?
- Jeszcze przed gwiazdką. - uśmiechnął się - Nareszcie nie będę musiał wysyłać pocztą do niej prezentów. Chociaż jakieś plusy...
- Wracając do Alice, jesteś zbyt spokojny... Czego nam nie powiedziałeś? - spostrzegł Matt 
- Dużo rzeczy wam nie powiedziałem, sami musicie zrozumieć swoje życie i moce. Ja mogę wam tylko dawać wskazówki. - brunet wstał i podszedł do drzwi - Myślicie że jakim byłbym nauczycielem jakbym robił za was wszystko i nie dawał wam się rozwinąć?
- Stary, naoglądałeś się za dużo filmów... - zaśmiał się James - Szczerze, mało mnie już obchodzi tamta dwójka. Spadam do Lucy.
- A gdzie ona właściwie jest? - odwrócił się do niego Mick - Znikła przed tymi wszystkimi wydarzeniami.
- Ona jeszcze ma rodzinę. - James podszedł do Mick'a i spojrzał mu w twarz - Jest z nimi strasznie zżyta, nadal nie wie że muszę ich... - blondyn rozejrzał się po pokoju i wyszedł
- Wszystko idzie w złym kierunku... - Mick podrapał się po głowie unikając oskarżających oczu - Jak wam się uda wyciągnąć Jack'a to dajcie znać.
- Czasami naprawdę się go boję... - mruknęła przerażona Lilly - ...Tym bardziej gdy coś przed nami ukrywa.
- Niestety, mam czasami wrażenie że jest totalnym idiotą, lecz w takich momentach dreszcze mnie przechodzą. - Matt otrząsnął się i spojrzał na Mary - Więc masz powietrze... Cieszę się że spotkałem swojego kompana. - uśmiechnął się - Jesteś siostrą Jack'a no nie?
- Co? - Lilly szybko uderzyła Matt'a w głowę - Jak już o tym mówisz, Alice powiedziała to samo... 
- Wybacz on czasami plecie ploty jak stara baba. - warknęła Lilly i przytuliła Matt'a - Ale i tak go kocham. - pocałowała go w policzek - Tylko niestety... Nie będziemy mogli być razem...
- Dlaczego? - Mary odwróciła się do nich z zainteresowaniem 
- Patrz, jeśli dla przykładu być chciała być z James'em, będziesz mieć jego dziecko. Wiadomo że zazwyczaj do tego prowadzi miłość. To wtedy całe twoje powietrze będzie dawało energię dla dziecka, a ty przez to zostaniesz utopiona przez wodę ze środka. - Matt położył sobie Lilly na kolanach i spojrzał jej w oczy - Mam nadzieję, że do tego czasu znajdziemy rozwiązanie. 
- Też mam taką nadzieję... - Lilly namiętnie go pocałowała a Mary poczuła się jak trzecie koło u wozu - Wybacz, po prostu kocham go jak tak się o mnie troszczy.
- A jeśli to by się stało z normalnym człowiekiem? - przesunęła się z dala od ognia który nagle zgasł
- Dziecko by zginęło... W końcu byłby to zwykły śmiertelnik, jak każdy z nich, umiera. - mruknęła Lilly a z sufitu wyrósł wielki sopel lodu - Mary! - Lilly zasłoniła Mary swoim ciałem i lód pękł w starciu ze skałą - Matt?!
- Żyję! Nic wam nie jest? - Matt minął skałę i wyciągnął dziewczyny - Obawiam się że Jack traci kontrolę.
- Musimy coś z tym zrobić! Co jeśli komuś zrobi krzywdę?! - Lilly przytuliła się do niego przerażona - Tylko jak...?
- Ja wiem jak. - w drzwiach pojawiła się Minnie - Tata wam o tym nie powiedział, że Alice się obudzi. - rozejrzała się po pokoju - Czy Ben'a z wami nie było?
- Ben? Ben! Ben?! - Wszyscy zwrócili się w stronę chłopaka przebitego w ramieniu przez sopel lodu - Czemu nic nie mówiłeś?!
- Zamyśliłem się... - szepnął ruszając leniwie głową w ich stronę - Zrobicie coś dla mnie?
- Nie. Ty nie umierasz to tylko ramie. - Lilly podeszła do niego i złamała sopel - Czekaj... Twoje plecy?
- Z tyłu również oberwałem... - uśmiechnął się słabo i wypluł krew - Powiecie Alice jak się obudzi, że naprawdę ją kochałem?
- Tak jak powiedziała Lilly, nie umierasz. - przypomniał zirytowany Matt i zabrał Ben'a na ramiona - Chłopie nie pozwalamy ci na to.
- Jak ty to powiedziałaś? "W końcu to zwykły śmiertelnik, jak każdy z nich, umiera." - szepnął
***
Obudziłam się w pokoju wypełnionym lodem i śniegiem, ostatnie co pamiętałam to była moja próba uniknięcia przesłuchania i ochrony Mary. Podniosłam się i rozejrzałam dookoła, byłam w pokoju Jack'a. Siedziałam na łóżku otoczona lodem który w zetknięciu się z moją skórą topił się natychmiast, pod grubą warstwą dostrzegłam dobrze znaną mi twarz
- Jack... - przyłożyłam ręce do lodu, po chwili mogłam go ze spokojem wyciągnąć. Położyłam na łóżku i położyłam rękę na jego czole - Jesteś lodowaty... Ktoś musi ci pomóc...
Rozmroziłam cały lód w pokoju i wybiegłam z niego poszukując pomocy. W salonie trafiłam na Matt'a i Mick'a, wszystko było zniszczone a przy ścianie była widoczna krew. Cicho weszłam do środka przerażona widokiem
- Co tu się stało? - mój wzrok wbity był w krew na ścianie - Czyja jest ta krew?
- Alice? - Matt spojrzał na mnie zdziwiony po czym podszedł i mnie przytulił - Tak się cieszę, że nic ci nie jest. Wszyscy się o ciebie baliśmy, myśleliśmy że... Nie żyjesz...
- Dlaczego? - powędrowałam wzrokiem do Mick'a, widziałam jak go unikał - Skąd się tu wzięłam jak byłam porwana, co tu się stało i najważniejsze, czyja jest ta krew?!
- Nie czas na wyjaśnienia, musisz powstrzymać Jack'a. - Matt odsunął się ode mnie z udawanym uśmiechem - Tylko ty możesz sprawić by się ogarnął.
- To jego sprawka? - cofnęłam się krok do tyłu - Jak to możliwe?
- Myślał że zginęłaś. Obwiniał się za to, jeśli go nie powstrzymasz będzie gorzej. - odezwał się Mick - To dopiero pierwszy dzień.
Pobiegłam z powrotem do pokoju Jack'a, tym razem przytomny siedział na łóżku. Weszłam do pokoju, odwrócił głowę w moim kierunku i się uśmiechnął
- Odejdź, kolejny koszmar. - warknął z obrzydzeniem
- Jack... To ja... Jestem prawdziwa... - podeszłam bliżej niego - Ja żyję.
- Wszyscy tak mówią. - łóżko zaczął zajmować lód - Odejdź bo znowu to zrobię.
- Uwierz mi. - poprosiłam zbliżając się - Jestem tu, stoję przed tobą żywa. Proszę. Jeśli tego nie zrobisz komuś stanie się krzywda... - przypomniałam sobie krew na ścianie - ...Albo już się stała.
- Widziałem jak twoje ciało zmienia się w popiół, to ja dopuściłem do tego by feniks się do ciebie zbliżył. - lód zaczął pokrywać również ściany - Nikomu nie uwierzę w to że żyjesz.
- Jack... - oparłam się ręką o ścianę, lód wokół niej zniknął. W mojej głowie zaświtał pomysł - Chwyć mnie za rękę. - dojrzałam jego zdziwienie na twarzy - Tylko tak mogę cię przekonać że jestem prawdziwa.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, wyciągnął niepewny rękę po czym ją cofnął. Miałam tylko nadzieję że to się uda. Kiedy jeszcze raz spróbował ją zbliżyć ją do mnie, wzięłam inicjatywę i rzuciłam mu się w ramiona. Poczułam to samo zimno jak w chwili gdy wyciągnęłam go z lodu, tym razem zaczęło ono powoli znikać. Jego ręka pogłaskała mnie po głowie, na szyi poczułam jego łzy. 
- To naprawdę ty... - przytulił mnie mocno, przez ten tydzień tak mi go brakowało - Nareszcie... Bałem się że... Naprawdę przepraszam...
- Spokojnie, już wszystko dobrze. - z moich oczu również zaczęły płynąć łzy
Siedzieliśmy wtuleni przez godzinę bez słowa, nie potrzebowaliśmy ich, nasza obecność nam wystarczyła. Niestety musieliśmy wyjść stamtąd i dowiedzieć się jakie szkody wyszły z braku kontroli Jack'a. Tym razem w salonie była Lilly, Matt oraz Mick. Lilly płakała wtulona w Matt'a a Mick wpatrywał się kałużę krwi, wiedziałam że najpierw muszę dowiedzieć się co tu się stało, dopiero potem będę mogła pytać o to jak się tu znalazłam. Pociągnęłam Jack'a za rękę do środka
- Powiedzcie co tu zaszło. - poprosiłam smutna
- Alice? - Lilly odwróciła się w moją stronę cała zapłakana - Tak się cieszę... ale wybacz mi, nie mogę przestać płakać!
- Ben został ranny, lód wbił się w jego ramie i w żebra. - wyjaśnił Matt - Jest teraz w śpiączce, udało nam się na szczęście ustabilizować jego stan i nic mu nie zagraża. Tylko że gdy się obudzi będzie na długo przytwierdzony do łóżka.
- Chociaż coś dobrego... - wymamrotałam i poczułam mocniejszy uścisk ręki Jack'a
- A co z Mary? - spytał udając spokojnego
- Zdążyłam ją osłonić. - uśmiechnęła się delikatnie Lilly - Siedziała tuż przede mną, szybko na nią skoczyłam i osłoniłam skałą... Jest bezpieczna.
- Niestety coś mi się o tobie powiedziało... - mruknął Matt
- Mówiłem wam byście nic jej nie mówili, że jest siostra Jack'a! - warknął zły Mick
- Siostrą? - usłyszałam za nami cichu i delikatny głos, odwróciłam się i zobaczyłam drobną szatynkę - Jak to?

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział dwudziesty siódmy "Koszmar"

Od tygodnia Jack, Ben i James poszukują miejsca przetrzymywania Alice, w tym momencie są w Polsce. Ben dostał telefon od przyjaciela o organizacji i ich siedzibie w Warszawie. Mieli się z nim spotkać w księgarni niedaleko
- Ile może się spóźniać? - mruknął zdenerwowany Jack - Rozumiem że musi znaleźć dobry moment by wyjść stamtąd bez podejrzeń ale aż dwie godziny?
- Coraz bardziej żałuję że cię wtedy wyciągnąłem z tej klatki. - James westchnął a jego telefon zaczął dzwonić - Zaraz wracam.
- Tylko skończ szybko, idzie. - uśmiechnął się Ben i pokiwał niskiej, szczupłej szatynce w okularach przeciwsłonecznych - Tylko się nie zdziwicie.
- Niby czemu? - Jack ze spokojem usiadł na krześle spoglądając na dziewczynę wchodzącą do księgarni - Skądś cię znam...
- Ja ciebie niestety pamiętam. - warknęła zirytowana - Jak chcesz mogę ci przypomnieć pewną sytuację w szatni. - zdjęła okulary i mrugnęła do niego porozumiewawczo - Długo się z tego śmiałam z Lilly.
- Miło cię znowu widzieć Trish. - Ben uścisnął ją przyjaźnie - To właśnie moja przyjaciółka która dała mi znać gdzie jest Alice, bardzo dobrze że się znacie.
- Od jak dawna jesteś w tej organizacji? - spytał poważny Jack
- Całe życie, mój ojciec jest wysoko postawiony. On mnie w to wciągnął kiedy tylko się narodziłam. - podciągnęła bluzkę pokazując znamię na brzuchu - To jest mój znak przynależności, tylko że Alice to moja przyjaciółka i nie pozwolę jej zostać tam dłużej.
- Mamy problem. - podszedł do nas James chowając telefon - Feniks powstał i wyruszył w naszą stronę. Jest trochę... Duży.
- Jak bardzo? - spytał Ben
- Większy niż struś afrykański, tego możesz być pewny. - James usiadł obok Jack'a - Ty razem ze mną idziesz powstrzymać go przed spaleniem miasta, Ben ty i Trish idziecie po Alice.
- Pierwszy raz żałuję że panuję nad wodą. - mruknął Jack i razem z James'em wstali z krzeseł - Trish, skoro od zawsze byłaś w agencji a byłaś z nami w szkole... Cały czas udawałaś?
- Tak, musiałam. - spojrzała speszona w bok
- Kogo szpiegowałaś? - spytał poważny James
- Matt'a...
- Dlatego tak się do niego kleiłaś. - stwierdził James - Ale na mnie leciałaś, przyznaj to.
- Do ciebie było się łatwiej zbliżyć. - uśmiechnęła się wrednie
- A przy Alice też udawałaś? - Jack spojrzał na nią poważny - Bo albo tego przy niej nie robiłaś, albo jesteś genialną aktorką.
- Jack musimy iść, Matt pilnuje by nikt tego durnego ptaka nie zobaczył. Musimy mu pomóc. - James pociągnął Jack'a za rękę do wyjścia - Kiedy indziej sobie pogadacie.
Ben razem z Trish weszli do budynku w którym przetrzymywali Alice i Mary, pod pretekstem kolejnego bezdomnego do testów. Wjechali z łatwością na ostatnie piętro w którym znajdowały się dziewczyny. Z ich pokoju wyszedł Ivan, spojrzał zimnym wzrokiem na Ben'a a potem na Trish
- Kto to? - warknął zły
- Bezdomny, gotowy do zabicia przez którąś z nich. - odpowiedziała poważna szatynka - Spotkałam go pod pałacem kultury, żebrał.
- Akurat mamy mały problem, jedna jest nieprzytomna a drugą otoczyły płomienie. - otworzył drzwi do pokoju pokazując nieprzytomną Alice leżącą na kanapie i Mary trzymającą jej głowę na kolanach - Daliśmy coś podobnego do serum prawdy i zasnęła gdy tylko zbliżyła się do tamtej.
- Pokrzyżowało ci to plany, prawda? - uśmiechnęła się wrednie Trish
- Nie tylko mi, Joe wychodzi z siebie. - również się uśmiechnął - Lubię gdy jest wytrącony z równowagi, a ta mała potrafi to robić doskonale.
- Nie tylko to... - mruknął Ben powstrzymując śmiech
- Znasz ją? - uśmiech z twarzy Ivan'a zniknął i stał się poważny - Na pewno żebrał pod pałacem?
- Oczywiście, ciebie nie mogę okłamać. - spojrzała w bok speszona a Ivan ją przytulił
- Mam nadzieję że wiesz co robisz ale pamiętaj, że zawsze będę trzymać twoją stronę. - potargał jej włosy i odszedł
- On się zachowywał jak ojciec. - szepnął jej na ucho Ben
- Lepiej martw się o Alice. - zirytowana otworzyła drzwi - Długo śpi?
- Co? - Mary spojrzała na nią zdziwiona
- Alice! - Ben podbiegł do ściany ognia - Chyba nie masz humoru...
- Kim jesteście? - dopytała poważna Mary
- Jesteśmy przyjaciółmi Alice, chcemy was stąd zabrać. - dodał poważny i spojrzał na płomienie - Już kiedyś widziałem ten płomień, wtedy opadł ale Jack i James mogą pomóc. - wyciągnął telefon i zadzwonił do James'a - Żyjecie? Wiecie co zrobić z płomieniem wokół Alice kiedy ona śpi? Jak to ona musi się obudzić!?
- Ben ciszej. - uciszyła go Trish - Chcesz zawołać tutaj kogoś?
- Dobra, czyli musi poczuć się bezpieczna... - mruknął Ben - Matt do nas leci? Spoko, rozumiem. - rozłączył się - Dobra za parę minut będzie tu Matt by zabrać Alice do feniksa, do tego czasu te płomienie muszą zniknąć.
- Skoro jesteście jej przyjaciółmi to chyba mogę powiedzieć wam to co już wiem. - Mary zbliżyła rękę do ognia i przeszła bez poparzenia na drugą stronę - Jeśli mnie ten płomień nie rani, to was może też?
- Warto spróbować. - Ben przesunął ręką nad płomieniem - Racja. Dobra czyli nie musimy nic z tym płomieniem robić. - podszedł do Alice i wziął ją na ręce - Jest lżejsza niż wcześniej. Głodzili was?
- To ona prawie nic nie jadła. - wyjaśniła Trish
- Ktoś jest za ścianą, czuję wibracje w powietrzu. - Mary stanęła twarzą do ściany - Zrobię trochę hałasu. - Uderzyła ręką w ścianę a silny wiatr zrobił dziurę w niej, ich oczom pokazał się Matt
- Matt! Weź Alice szybko do Jack'a i James'a! - Ben wyrzucił Alice w ręce Matt'a i skierował się do Mary - Potrafisz latać prawda.
- Tak? - odsunęła się od niego niepewna - Dlaczego?
- To dobrze. - chwycił ją i wyskoczył z budynku - Trish wiem że dasz sobie radę!
- Ty idioto mógłbyś mnie ostrzec! - wrzasnęła przerażona Mary i silny podmuch wiatru podrzucił ich do góry - Jak tylko będę miała okazję uduszę cię!
- Już to gdzieś słyszałem. - mruknął wskazując na oddalającego się Matt'a - Leć za nim.
Matt doleciawszy do James'a i Jack'a położył Alice na ziemi i podbiegł do niech
- Jack spróbuj ją obudzić, my zajmiemy się feniksem. - chwycił Jack'a za ramie - I zaraz ktoś do nas doleci, nie interesuj się nią.
- Tam jest nieprzytomna Alice, myślisz że ktoś inny mógłby odwrócić moją... - jego wzrok z Matt'a na Mary i Ben'a - ...To jest Mary?
- Chłopie twoja dziewczyna jest nieprzytomna! Siostrą zajmiesz się później! - wrzasnął zirytowany James - Ten ptak zaraz da mi opaleniznę której nie chcę mieć!
Zirytowany jack podbiegł do Alice i przytulił ją do siebie
- Czas wstawać Alice, mamy tutaj poważne kłopoty. - szepnął jej do ucha - Potrzebujemy cię.
- Jack! - feniks zbliżył się do ziemi i spróbował się przedostać obok James'a i Matt'a - Możesz się łaskawie pośpieszyć?!
- Może tu chodzi o tego feniksa... - Jack spojrzał na feniksa i na próby zatrzymania go - Przepuśćcie go!
- Co?! Oszalałeś?! - do niego dobiegł Ben - Oszalałeś?!
- Ja nie mogę jej obudzić i to może dlatego ten durny ptak tu przyleciał. - odpowiedział spokojny Jack - Musimy spróbować. Inaczej zabiję go.
- Dobra. - James i Matt puścili feniksa który wleciał w ciało Alice
- Obym się nie pomylił... - Jack bacznie obserwował czerwonowłosą aż poczuł jak jej ręka którą trzymał spopiela się - Nie... - łzy poleciały mu po policzkach - Cholera nie!
Ciało Alice zmieniło się w popiół i żeby wiatr go nie rozwiał Ben szybko włożył go do pudełka. Jack przez całą podróż do Rumunii do nikogo się nie odzywał i był we własnym świecie, obwiniał się za to że przez niego Alice nie żyje. Po opowiedzeniu Mick'owi całej historii uśmiechnął się i pudełko z prochami dał Jack'owi ze słowami
- Pilnuj tego jak oka w głowie.
Jack postawił pudełko na biurku w pokoju i położył się spać, miał śnił mu się koszmar.

czwartek, 6 marca 2014

Rozdział dwudziesty szósty "Potwór"

Klęczałam tuż przed Mary i Ivan'em wpatrując się w dziewczynę. Widać było że spędziła tutaj więcej czasu niż ja, oczy miała podkrążone a na rękach siniaki. Spojrzałam przerażona na niewzruszonego Ivan'a
- Ty jej to zrobiłeś? - spytałam podchodząc do niej i chwytając za rękę - Kto jej to zrobił?!
- Nie twoja sprawa. - chwycił mnie za rękę ale ją zabrał ponieważ się oparzył - Ja jej tego nie zrobiłem.
- Chcę z nią pogadać na osobności. - warknęłam zirytowana - Chyba że mam spalić wszystko co tu się znajduje?
- Zaprowadźcie te dwie panienki do jednego pokoju, bez podsłuchu. - Ivan zapalił papierosa i kiwnął ręką - Lepiej Panny Swan nie drażnić w tym stanie.
- Dziękuję. - poszłyśmy razem z dwójką strażników do białego pokoju z kanapą - Przynajmniej mamy gdzie się usiąść.
- Skąd znasz moje imię? - spytała Mary a za nami zamknęli drzwi
- Mick mi o tobie opowiadał. - skłamałam siadając na kanapie - Siadaj.
- Mick? Brat Iris? Znasz go? Jaki jest? - zaczęła zadawać sto pytań na minutę - Ponoć jest wkurzający i dziecinny.
- No czasami jest taki ale zazwyczaj zachowuje się jak... - przypomniałam sobie uśmiechniętego Mick'a - ...jak ojciec.
- No to Iris może za bardzo narzekała... A czy znasz innych takich jak my? - usiadła obok mnie na kanapie - Ponoć w Rumunii jest nas więcej.
- Tak, jest Lilly i Matt - zobaczyłam ich uśmiechnięte twarze - James i Lucy... - przed oczami migło mi wspomnienie jak Lucy ścięła moje włosy i instynktownie chwyciłam jeden kosmyk - ...Do tego jeszcze... - zaczęłam płakać na wspomnienie nieprzytomnego Jack'a przy jeziorze - ...Jack!
- Przepraszam! Nie chciałam byś płakała! - przytuliła mnie, jej ciało było równie zimne jak ciało Jack'a - To był ktoś ważny dla ciebie, prawda?
- Ja go kocham. - wtuliłam się w nią - Ja muszę go zobaczyć! Muszę wiedzieć że z nim wszystko dobrze!
- Spokojnie, coś czuję że niedługo go spotkasz. - uśmiechnęła się i pogładziła mnie po głowie - Ja za to bym chciała wrócić do Anglii, Iris i Mark...
- Mark? - Popatrzyłam na nią ocierając łzy - To twój...?
- Nie! - zaprzeczyła od razu a na policzkach wyskoczył jej rumieńce - To mój przyjaciel!
- To dlaczego tak reagujesz? - uśmiechnęłam się i rozmarzyłam - Opowiedz mi o nim.
- Więc jest bardzo wesoły, zawsze myśli o innych dopiero później o sobie. Trochę to denerwujące... - zaśmiała się, widać że myślenie o nim jej pomaga - Zanim mnie porwali, nakrzyczałam na niego. Powiedziałam żeby przestał mnie traktować jak siostrę, pewnie teraz myśli że uciekłam i dlatego mnie nie szuka.
- Jesteś prawdopodobnie daleko od domu, możliwe że cię szuka ale daleko stąd. - spróbowałam ją pocieszyć - Jestem pewna że on cały czas się zamartwia.
- Dziękuję! - przytuliła się do mnie
- Tylko jak spotkasz chłopaka imieniem Jack to lepiej nie wspominaj o tym że się zakochałaś..- mruknęłam domyślając się jego reakcji starszego brata. Drzwi się otworzyły a w nich stanął Ivan wraz z szatynem - Czego?
- Twoja kolej Panno Swan na badania, Joe się tobą zajmie na ten czas. Ja muszę się pozbyć kilku bezdomnych. - patrzył na mnie swym bezuczuciowym wzrokiem - Kulką prosto w łeb.
- Potwór. - syknęłam i spojrzałam na chłopaka obok niego - My się znamy?
- Tylko przelotnie. - warknął a Ivan szepnął mu coś na ucho i odszedł - Ruszaj się.
- Zaraz wracam Mary. - uśmiechnęłam się i podeszłam do Joe
- A jak masz na imię? - spytała szybko Mary - Znam tylko twoje nazwisko...
- Jestem Alice. - pokiwałam jej i wyszłam z pokoju, czekało trzech strażników - Nie dasz sobie rady z jedną dziewczyną?
- Ze zwykłą, owszem, z magicznymi zdolnościami? Nie. - warknął i zaprowadził mnie do laboratorium - Lepiej bądź grzeczna. - wskazał fotel na środku pokoju - Usiądź.
- Dziękuję postoję. - uśmiechnęłam się wrednie - Sam usiądź wyglądasz mizernie.
- Siadaj. - jego ton zmroził mi krew w żyłach, potrafił być przerażający jeśli chciał
- Wytłumacz mi najpierw co mi zrobicie. - rozkazałam podchodząc do fotela - Inaczej nie usiądę.
- Wejdziemy ci do głowy i poznamy twe słabości, proste. - stanął za komputerem - Teraz siadaj.
- Nie pozwolę mieszać sobie w głowie! - warknęłam a obok mojej głowy przeleciała kulka z pistoletu - Chcesz mnie zabić?!
- Siadaj pókim dobry. - tym razem wycelował prosto we mnie strzelbą, przełknęłam ślinę - Natychmiast.
- Tania zabaweczka, póki co pogadajmy. - uśmiechnęłam się ukrywając strach - Powiedz, kiedy się spotkaliśmy? Jestem pewna że już kiedyś cię widziałam.
- Tracę cierpliwość. - mruknął odbezpieczając broń - Jeśli cię zabiję, zrobimy ten eksperyment na Mary.
- Nie pozwolę ci. - poczułam w sobie złość, nie dosyć że groził mi to jeszcze siostrze Jack'a - Nie denerwuj mnie lepiej.
- Bo co? Widziałem jak korzystanie z mocy cię wykańcza. To ja byłem tym chłopakiem za lustrem które stopiłaś, przede mną pokazałaś swą słabość. - uśmiechnął się i odłożył broń - Jesteś na tyle głupia by powtórzyć tamto?
- Czekaj, jak to byłeś ty to jeszcze wcześniej się spotkaliśmy. - otworzyłam szeroko oczy a w głowie pojawiło się wspomnienie jak chłopak w restauracji chciał mój numer - To byłeś ty?
- Nareszcie dotarło. - przewrócił znudzony oczami - A myślałem że rudzielce są bystre. Wtedy niestety twój chłoptaś mi przerwał, wkurzył mnie tym. Widziałem że ciebie również, ale wiesz że nadal jesteś mi coś winna za tamte frytki?
- Czego chcesz? - podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i spojrzał prosto w oczy
- To bardzo proste, jak posłuszna dziewczynka słuchaj mnie bez żadnego protestu. Inaczej Panienka Mary oberwie. - podrapał mnie pod brodą - Rozumiesz czy wyjaśnić?
- Jesteś gorszy od Ivan'a. - warknęłam wściekła i kopnęłam go w brzuch - Zgoda ale jeśli dotkniesz mnie, nawet przypadkiem, spalę ci tę część ciała.

poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział dwudziesty piąty "Więzienie"

Zawiązali mi na głowie przepaskę, bym nie mogła zobaczyć gdzie jest ich kryjówka. Zdjęli ją dopiero wtedy gdy byłam już w pustym, białym pokoju. Odwróciłam się do lustra zirytowana
- Lustro weneckie? Bardzo mądrze, tylko ja chcę mieć jakieś łóżko przynajmniej! - warknęłam wściekła podchodząc do lustra - I do tego laptopa z podłączeniem do internetu, lodówkę, telewizor...
- Nie dostaniesz nic z tych rzeczy, chociaż jeśli będziesz grzeczna pomyślimy nad łóżkiem i telewizorem. - z głośnika na górze dobiegł głos mężczyzny - Od dziś codziennie będziesz brana do różnych badań.
- A mogę poznać twoje imię? - uśmiechnęłam się spokojnie - Skoro ty znasz moje, to miło by było gdybym ja znała twoje. Nie sądzisz?
- Skoro mamy przed sobą lata współpracy to zaczniemy od zaufania. - lustro weneckie się rozsunęło i w moją stronę ruszył starszy mężczyzna, ten sam który mnie porwał - Jestem Ivan, pochodzę z Rosji. - lustro się za nim zamknęło - Mam nadzieję że panienka będzie grzecznie współpracować.
- Nie mam najmniejszej ochoty z panem współpracować. - odsunęłam się do tyłu - Porwał mnie pan.
- Rozumiem iż nie darzysz mnie wielkim zaufaniem, może ktoś w twoim wieku bardziej by ci pasował. - uśmiechnął się - Tylko póki co, tylko mi możesz ufać.
- Niby dlaczego? - spojrzałam w jego szare zmęczone oczy
- Ponieważ wszyscy młodsi ode mnie chcą w łatwy sposób wznieść się w górę kariery, natomiast starsi są bezwzględni. - poważny oparł się o ścianę - Ja jestem na dobrej pozycji i szkoda mi cię.
- Gdyby było ci mnie szkoda nie porywałbyś mnie! - wrzasnęłam i usłyszałam jak ze ściany wychodzi broń - Myślałam że mi ufasz.
- Zbędne środki ochronne. - mruknął kiwając ręką a broń została schowana - Taką mam pracę by cię porwać, od paru lat cię obserwowałem. Nawet wiem kim jest twój znajomy ale nikomu nie mówiłem. Widziałem jakim uczuciem go traktujesz.
- Jack... - otworzyłam szeroko oczy - Jeśli coś mu się stanie...
- Póki co jest bezpieczny. - zapalił papierosa - Obiecałem ci to prawda?
- Pozwól dać mi znak że nic mi nie jest. - podeszłam do niego smutna - Proszę.
- Nie mogę. - lustro znowu się otworzyło a Ivan się odwrócił i zaczął odchodzić - Przykro mi ale już nigdy ich nie zobaczysz.
Rano w zamku, Jack został zmuszony do spania w klatce. Cały czas narzekał na to że nie może uratować Alice, do klatki podszedł Ben
- Chcesz ją uratować? - spytał poważny
- To przecież oczywiste, kocham ją. - warknął Jack spoglądając na niego - Czego tu szukasz?
- Mam w planach ją uwolnić, idziesz ze mną?
- Jeśli mnie stąd wyciągniesz - Jack podszedł do krat - Uwolnimy ją razem.
- Zgoda. - uścisnęli sobie ręce przez kratę
- No co ja widzę...
- Chyba nie myślisz że się na to zgodzę! - wrzasnęłam w stronę Ivan'a - Nie spalę człowieka byście zobaczyli jaka jestem silna!
- Panienko, ja nie proszę o twoją zgodę. Ty masz to zrobić. - zapalił spokojnie papierosa - To jest naprawdę ważne doświadczenie.
- Myślałam że mnie porwaliście by ludziom nic się nie stało! - przypomniałam zirytowana a papieros Ivan'a zaczął się szybciej spalać - Ja nie chcę nikogo ranić!
- To i tak jest bezdomny. - warknął wyrzucając spalonego papierosa
- To i tak człowiek! Nie myśl że dzielę ludzi na klasy! Dla mnie ty, ja i ten bezdomni jesteśmy równi i mamy takie samo prawo żyć! - podeszłam do niego i spojrzałam prosto w jego oczy - Nie zabiję ani jego, ani nikogo.
- Powiedz to swojemu ojcu. - podszedł do drzwi a ja poczułam żar w sercu - Przecież to ty go spaliłaś.
- Aż od tak dawna mnie obserwowałeś? - przyłożyłam rękę do serca - Niech ktoś przyniesie mi wody.
- Obserwowałem cię właśnie od tamtego momentu. - spojrzał w moją stronę przez ramie - Coś cię boli?
- Nie twoja sprawa, po prostu przynieście mi wody. - rozkazałam siadając w kącie pokoju - Muszę się napić.
- Najpierw zabij go. - do pokoju został wrzucony mężczyzna w obdartych ciuchach - Jak to zrobisz, dostaniesz wodę.
- Ponoć mogę ci zaufać. - przypomniałam - Prędzej sama zginę niż go spalę.
- Ufać mi możesz. - spojrzał na mężczyznę - Zabrać go, a Panience Swan przynieść wody, najlepiej 5l butlę.
- Jest tu ktoś jeszcze? - Ivan popatrzył na mnie - Czy jest tu ktoś taki jak ja?
- Tak. Kobieta. - odpowiedział i wyszedł a ja spojrzałam w jego stronę zdziwiona. Podbiegłam do drzwi i zaczęłam w nie uderzać
- Kto to jest?! Gadaj! - krzyknęłam przerażona - Pozwólcie mi ją zobaczyć!
Odpowiedziała mi głucha cisza. Obawiałam się że złapali Lilly albo Lucy, jeszcze gorzej jeśli Mary. Za wszelką cenę muszę ją zobaczyć, uderzałam coraz mocniej w drzwi
- Dajcie nam się zobaczyć! - klamka zaczęła się topić - Muszę ją zobaczyć! Ivan!
Opadłam zmęczona na kolana, naprawdę muszę wiedzieć kto jeszcze tutaj jest. Spojrzałam na lustro i mimo że czułam ogromny żar w sercu spróbowałam spalić lustro, spaliłam mały kawałek. Przez niego przejrzał jakiś chłopak, skądś był dla mnie znajomy. Podeszłam do okna trzymając się bluzki gdzie znajdowało się serce
- Kim jest druga dziewczyna? - warknęłam bez uczuć - Kim ona jest?!
- Nie mogę ci powiedzieć! - odsunął się przerażony od lustra - Muszę wezwać pomoc!
- Na twoim miejscu bym tego nie robiła. - spaliłam większą część lustra i przeszłam do małego pokoju - Gadaj, kim ona jest!
- Prędzej zginę! - wrzasnął uderzając plecami o ścianę
- Zostań tutaj. - podeszłam do drzwi i poczułam jak kolana mi się uginają - Wytrzymam to!
Zniszczyłam drzwi i weszłam na korytarz gdzie stało mnóstwo uzbrojonych ludzi
- Gdzie jest ta dziewczyna?! - wrzasnęłam coraz mocniej ściskając ręce - Muszę ją zobaczyć!
- Spokojnie panienko, jeszcze coś sobie zrobisz. - ostrzegł Ivan - Nie chcemy by to się źle skończyło.
- Zaprowadź mnie do niej! - wokół mnie pojawił się krąg ognia a ja opadłam na kolana - Muszę ją zobaczyć!
- Przyprowadzić dziewczynę. - rozkazał Ivan - Zaraz tutaj przyjdzie, powstrzymaj ogień.
- Nie! Najpierw chcę ją...!
- Ogień?! - obok Ivan'a stanęła młoda czarnowłosa dziewczyna - Ale to nie jest...
- Siostra Jack'a? - otworzyłam szeroko oczy a na wspomnienie Jack'a żar w sercu minął a ogień wokół mnie zniknął - Mary?

sobota, 1 marca 2014

Rozdział dwudziesty czwarty "Porwanie"

Udało mi się wyrwać od Jack'a i przebrać się w inne ubranie do obiadu. Przed drzwiami do jadalni stał Ben, wyglądał na zmartwionego. Obawiałam się że czegoś się dowiedział. Podeszłam niepewnie
- Ben? Wszystko w porządku? - spytałam cichutko, spojrzał na mnie zdziwiony
- Alice! - przytulił mnie mocno - Tak się cieszę że cię widzę! Chciałem cię przeprosić za to co powiedziałem wtedy w twoim pokoju!
- Tylko dlatego mnie szukałeś? - odsunęłam się od niego - Ja nie byłam na ciebie zła.
- To dlaczego zniknęłaś? - położył mi dłonie na ramiona - Coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku. - uśmiechnęłam się a za sobą poczułam czyjąś obecność, odwróciłam się - Jack?
- Czego tu szukasz? - warknął Ben przyciągając mnie do siebie - Jak już mówiłem nie pozwolę ci jej zranić. - spojrzał z powrotem na mnie z uśmiechem - Nauczę cię pływać, co ty na to?
- Naprawdę?! - podskoczyłam radosna - Z chęcią!
- Obiad gotowy. - Jack przeszedł obok nas chwytając mnie za rękę i ciągnąc do jadalni - Siadasz obok mnie.
- Jack? - uśmiechnęłam się wrednie - Czy ty jesteś zazdrosny?
- Nie. - odwrócił się do mnie z wrednym uśmieszkiem - Jestem pewny że jesteś cała moja, po prostu nie lubię gdy on cię dotyka.
- Czyli jesteś zazdrosny. - zaśmiałam się cicho - Wiesz co?
- Co? - mruknął zdenerwowany
- To słodkie. - uśmiechnęłam się i usiadłam na krześle - Myślałam że jesteś słodki tylko wtedy gdy śpisz.
- Ja ci zaraz dam słodkie! - pocałował mnie w szyję i zaczął łaskotać
- Przestań, mieliśmy się ukrywać póki nie podejmę decyzji. - spróbowałam mu się wyrwać ale bez skutków - Jack proszę cię.
- Alice! Pomożesz w czymś?! - z kuchni dobiegł głos Minnie
- Pewnie! - wybiegłam szybko do kuchni - W czym pomóc?
- Zanieś te rzeczy na stół. - poprosiła zabierając talerze
Przeniosłyśmy wszystko i zasiedliśmy do obiadu. Rozmawialiśmy o wszystkich tematach, lecz moją uwagę przykuł Jack. Pod stołem chwycił moją rękę i trzymał ją cały czas. Po obiedzie Mick kazał mi iść biegać ponieważ ostatnio przestałam, Jack i Ben zostali zmuszeni do zostania w domu by nic mnie nie rozpraszało. Gdy dobiegłam do jeziora czułam czyjąś obecność, w pewnym momencie ktoś zakrył mi oczy
- Zgadnij kto to. - rozpoznałam ten głos od razu, po moim uśmiechu zdjął ręce - Głupi rozkaz Mick'a mnie nie zatrzyma. Wiesz o tym.
- Oczywiście że wiem Jack. - uśmiechnęłam się, tylko przy nim czułam się naprawdę bezpiecznie
- Ile czasu zajmuje ci bieganie tutaj? - zaczął się do mnie zbliżać aż wpadłam na drzewo
- Pół godziny, a co? - uśmiechnęłam się
- Mam zamiar ci trochę poprzeszkadzać. - podniósł mi lekko głowę do góry i pocałował namiętnie
Znowu poczułam ciepło w sercu w wokół nas zapalił się mały krąg. Przeraziłam się ale gdy poczułam zimne dłonie Jack'a na policzku uspokoiłam się. Po chwili płomień wzrósł a ja wyczułam inną obecność. Odsunęłam Jack'a od siebie
- Co się stało? - spytał zdenerwowany moją reakcją - Nie martw się o ten ogień jak widzisz nic nam nie zrobi a ciebie nic nie boli.
- Nie o to chodzi. - podeszłam do ognia - Ostatni raz tak się zachował gdy spałam i James przyszedł. On mnie chroni.
- Czyli coś ci się tu może stać. - rozejrzał się wokół - Lepiej już chodźmy. Alice...
- Jack? - odwróciłam się przerażona, leżał nieprzytomny - Jack!
- Nie zbliżaj się do niego. - usłyszałam zimny głos za sobą, był to jakiś mężczyzna w garniturze - Wiemy kim jesteś Alice Swan i jeśli życie tego chłopaka jest dla ciebie ważne to lepiej z nami chodź.
- Kim jesteście? - warknęłam zła
- Jesteśmy przeciwnikami ludzi z twoimi zdolnościami którzy nazywają się bogami. - otoczyli nas inni mężczyźni - Chcemy was tylko wyłapać by nikomu nie stała się krzywda. Więc albo pójdziesz z nami bez problemu albo chłopczyk oberwie kulką w łeb.
- Czyli to zwykły chłopak. - spojrzałam na niego zdenerwowana po czym płomień opadł - Pójdę z wami, ale macie go nie tykać.
- Ja dotrzymuję danego słowa. - uśmiechnął się i wyciągnął do mnie dłoń - Podejdź.
Ostatni raz spojrzałam na Jack'a i podeszłam do mężczyzny. Czułam jak do oczu napływają mi łzy, mam nadzieję że w końcu będę mogła użyć ognia bez zagrożenia. Wtedy wrócę do zamku, na pewno tu wrócę.Kilka godzin później w zamku Jack chodził zdenerwowany po salonie a reszta siedziała na fotelach
- Jestem beznadziejny! Nie mogłem jej obronić! - wrzasnął zirytowany - Powinienem był zauważyć że coś jest nie tak!
- Nie cofniesz czasu Jack, to już się zdarzyło więc nie mów co mogłeś zrobić ale co możesz zrobić by ją uratować. - stwierdził spokojnie Mick - Tylko dlaczego ona sama się nie obroniła?
- Od jakiegoś czasu ogień próbuje ją wykończyć. - odpowiedział zmęczony James przeczesując włosy ręką - Nie chciała was tym martwić, tylko ja o tym wiedziałem a od rana dopiero Jack.
- Boje się co jej tam mogą zrobić. - stwierdziła przerażona Lilly tuląca się do Matt'a - Proszę powiedzcie że nic jej nie będzie!
- Czekajcie, skoro oni zabierają was to dlaczego Jack tutaj nadal jest skoro był z Alice? - rzuciła Minnie - Czy wam coś tu nie pasuje?
- Oni wiedzieli tylko o Alice... - mruknął Mick
- ...A ona mnie obroniła. - warknął wściekły Jack - Dajcie mi coś rozwalić! Najlepiej głowę tego porywacza!
- Spokojnie Jack. - rozkazał James uśmiechając się wrednie - Alice jest silna więc mamy czas by opracować plan odbicia jej.
- Skoro na pewno nie wiedzą o Jack'u to jest możliwość że nie wiedzą o nas. - zamyślił się Matt - Możemy to wykorzystać.
- Ale nie jesteście tego pewni. - wtrącił się Ben - Ja nie jestem jednym z was, mi nic nie zrobią.
- Coś w tym jest. - Mick przyznał mu rację - Dobra, na razie musimy ochłonąć. Jutro pomyślimy nad planem. Niech nikt nie robi niczego na własną rękę. - wszyscy spojrzeli na Jack'a - Jasne?
- A wy myślicie że potrafię tu siedzieć kiedy ona jest w niebezpieczeństwie?! - wrzasnął zdenerwowany
- Nie dajesz innego wyboru stary. - stwierdził James a Jack został zamknięty w lodowej klatce - Lilly?
- Już. - lód został pokryty diamentem - Wybacz mi Jack ale póki co to jest najlepsze wyjście...